Prawie jak w studio

Krzysztof Sędzicki o różnych wydarzeniach sportowych. Prognozy, opinie, analizy i felietony - prawie jak w telewizyjnym studio...

Polska piłka

  • czwartek, 17 października 2013
    • Czy jest coś (lub ktoś), co (kto) nas uratuje?

      Cóż, nie jestem Kolumbem (choć imię by się zgadzało), żeby odkryć Amerykę. Szczególnie jeśli chodzi o tę Południową, gdzie za niespełna 8 miesięcy rozpocznie się największe piłkarskie święto na świecie. Reprezentacja Polski tam nie zagra, o czym na dobrą sprawę mówiło się już od czerwcowego remisu z Mołdawią w Kiszyniowie.

      W tym momencie w Polsce pojawił się szał na matematykę, to znaczy na liczenie, kto z kim oraz ile musi wygrać, aby jeszcze podtrzymać lekko uchyloną furtkę do Brazylii. Jeśli zdarzyła się osoba, która próbowała to rozrysować na zasadzie funkcji (trzymając się terminologii matematycznej), musiała uwzględnić, że ma ona sens wtedy i tylko wtedy, gdy w jej dziedzinie znajdą się wygrane w przynajmniej trzech ostatnich meczach - w tym z San Marino, co - choć było oczywistością - nastąpiło w sposób mało przekonujący. Spośród pozostałych rywali należało pokonać dwóch z trójki Czarnogóra, Ukraina i Anglia.

      Sęk w tym, że żadnego z nich nie pokonaliśmy w pierwszym meczu (a z Ukrainą i Anglią graliśmy u siebie), więc cóż miałoby dawać podstawy do wiary w sukces? Mam na myśli podstawy czysto sportowe, bo januszowo-kibicowskie jak zwykle były. Media znów zrobiły swoje - na dwa ostatnie mecze atmosferę podgrzano niesamowicie.

      Tej wiary nie zabrakło również podopiecznym Waldemara Fornalika, ale chyba na niej się też skończyły ich możliwości. W każdym z tych trzech kluczowych spotkań zabrakło przede wszystkim siły oraz kondycji. Scenariusz był więc podobny: pierwsze 30 minut w dobrym tempie, pomysłowe, z polotem, po czym drugich połów Biało-Czerwoni nie "rozgrywali", "dogrywali do końca". Wiem, że nastawienie piłkarzy na boisku było zgoła inne, ale niestety po obserwacji ich poczynań pozostaje mi właśnie takie wrażenie.

      Trzeba sobie szczerze powiedzieć, gdzie jest aktualne miejsce polskiej piłki w świecie. Mam nadzieję, że wszystkim hurraoptymistom oczy otworzy czwarty koszyk w losowaniu eliminacji do Euro 2016. Tylko, że nieawansowanie na turniej, gdzie kwalifikuje się praktycznie pół Europy będzie już mocnym obciachem, może nawet większym niż trafienie Alessandro Della Valle do polskiej bramki 10 września 2013 roku w Serravalle.

      Potencjał na znalezienie się wśród 24 krajów na europejskim czempionacie jest na pewno. Podstawowym problemem jest oczywiście niemożność ustawienia obrony. Trwa on już dobre kilka lat, a rozwiązania ni widu ni słychu. Teoretycznie szkieletem polskiej kadry miała być trójka z Borussii i bramkarz światowej klasy, niezależnie, czy to Boruc, czy Szczęsny. Powstaje teraz pytanie: jak dopasować do tego układu resztę graczy? Kto zagwarantuje poziom, który pozwoli na równorzędną walkę z zespołami pokroju Ukrainy i Anglii? Młody polski ligowiec, stary wyjadacz, czy rezerwowy z zagranicznego klubu? Niestety, coraz częściej stawia się na tę trzecią opcję, choć Waldemar Fornalik w ostatnim swoim meczu w roli selekcjonera pokazał, że można zaprosić ponownie do gry synów marnotrawnych albo innych piłkarzy, po których słuch już dawno zaginął.

      Skoro wywołałem już wątek trenera, wypada, żebym go choć trochę pociągnął, choć robią to ostatnio w naszym kraju wszyscy mniej lub bardziej związani z futbolem. Na konferencji prasowej prezes Boniek wydał komunikat pt. "wiem, ale [jeszcze] nie powiem". Choć wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na Adama Nawałkę, nie będę oburzony, gdy wybrany zostanie ktoś inny. Ja wciąż "Zibiemu" ufam i wierzę, że podjął dobrą decyzję. Pewnie polskie realia nieco go zaskoczyły po objęciu stanowiska, lecz widać, iż nie brakuje mu chęci do działania. Gorzej jeśli potwierdzi się, że kiepskie wyniki to bardziej braku umiejętności naszych graczy aniżeli tego, kto ich prowadzi.

      Wydawało się, że po klapie na Euro 2012 gorzej już nie może być. Teraz czasy Engela, Janasa, czy Beenhakkera wspominamy z tęsknotą, choć wtedy też odczuwaliśmy niedosyt. Ale tamte reprezentacje przynajmniej chciało się oglądać. Z aktualną niestety jest znacznie trudniej. W rankingu FIFA sklasyfikowanych jest 209 reprezentacji (już niebawem będzie 210 po dołączeniu Gibraltaru), a my dopiero dochodzimy do połowy stawki. Spokojnie, nie chcę być złym prorokiem, po prostu w specyficzny sposób pragnę zwrócić uwagę na problem. 

      Plan naprawy polskiej piłki nie może być nakreślony na 6 czy 12 miesięcy. Tu potrzeba lat pracy, by od nowa zbudować podstawy (najlepiej zaczynając od defensywy) reprezentacji z prawdziwego zdarzenia. W eliminacjach do Euro 2016 zetrzemy się przynajmniej z dwiema (a teoretycznie trzema) silnymi drużynami i mogą to być bardzo przydatne lekcje dla nowej kadry. Oby udało się wyciągnąć stosowne, daleko idące wnioski, co pozwoli krok po kroku wyjść z zakrętu, w jakim znalazł się futbol w naszym kraju. Tego nam wszystkim życzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 października 2013 23:59
  • czwartek, 28 marca 2013
    • Ciągle mówimy, że dawniej było lepiej

      Odnoszę wrażenie, że powyższe stwierdzenie jest na ustach wszystkich związanych z polskim futbolem niezmiennie od 1974 roku, czyli już prawie 40 lat. Kilka, jeśli nie kilkanaście razy zapowiadało się również, że byliśmy o krok od wyjścia na prostą i okresu, w którym wszystko naprawdę będzie cacy. Niestety, zamiast tego piłkarskiego raju za każdym razem byliśmy coraz boleśniej sprowadzani na ziemię.

      Ponieważ zmierzam raczej do dwóch ostatnich meczów eliminacyjnych - z Ukrainą i San Marino, swoją teorię poprę wypunktowanymi przykładami:

      • Lata 70. i 80. - po brązowym medalu na MŚ w Niemczech, nasza kadra nigdy już tak nie błyszczała, jak wówczas. Nawet 8 lat później, gdy z Hiszpanii Polacy przywieźli ten sam krążek. Lecz ile byśmy dali teraz za takie osiągnięcie...
      • Lata 90. - zupełnie jakby nieme w historii polskiej piłki - żadnego Mundialu, żadnego Euro. Jedynie srebro olimpijskie, ale wiemy, jak się ono liczy w tym sporcie. No i warto dodać: ostatnie czasy, kiedy nasze kluby coś znaczyły w Europie
      • Przełom XX i XXI wieku - już jakby wyszliśmy z niemocy, po 16 latach awansowaliśmy na MŚ w pięknym stylu. Ale niestety, w Korei Płd. zagraliśmy tylko 3 mecze i znów zespół został "uziemiony".
      • 2004-2006 - kolejne piękne przebrnięte eliminacje na Mundial w Niemczech, ale sam turniej znów zły. Właściwie od samego początku, czyli porażki z Ekwadorem 0:2.
      • 2006-2008 - przybył Leo Beenhakker i wprowadził po raz pierwszy w historii naszą drużynę na Mistrzostwa Europy. Tyle, że... zdobyliśmy tylko jeden punkt i jedną bramkę, w dodatku ze spalonego. Póżniej zaczęły się kompromitacje w drodze do RPA nie tylko na boisku, ale też w relacjach PZPN - trener. 
      • 2009-2012 - Franciszek Smuda objął stery w reprezentacji narodowej i miał za zadanie poprowadzić ją w najważniejszej imprezie sportowej w historii kraju. Po drodze zaliczył kilka dziwnych decyzji, potknięcia mniejsze i większe, ale też i kilka ładnie wyglądających na kartce wyników (3:1 z WKS, 2:2 z Niemcami). Jednakże impreza docelowa kolejny raz zakończyła się klapą.

      Z każdym tym okresem cieszyliśmy się z coraz mniejszych osiągnięć. Jak jest teraz? Każda strzelona bramka, jakikolwiek wywalczony punkt, niezależnie od tego, z kim powoduje wybuch bomby pt. hurraoptymizm. Na dodatek tych bramek ostatnio niespecjalnie strzelamy i kiepsko bronimy, a to przekłada się oczywiście na wyniki. Wbrew pozorom jeszcze nie jest tak źle, jak wielu z nas myśli lub myślało, ale o tym później.

      Na mecz z Ukrainą znów pojawiła się ogólnonarodowa napinka. Chyba jednak uzasadniona, bo był to pierwszy mecz pod wodzą Waldka Kinga, który miał odpowiedniego rangą przeciwnika, by wygrać i wówczas to hipotetyczne zwycięstwo zwyczajnie nas by ucieszyło, tym bardziej, że odniesione na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym. 

      Przed spotkaniem wziąłem udział w zakładach z kolegami. Byłem ostrożnym optymistą - postawiłem na 1:0 dla Polski. No cóż, z zarobkiem pożegnałem się bardzo szybko. Ale z perspektywy kibica oczekującego na widowisko stwierdzam, iż gole Yarmolenki i Guseva, a później Łukasza Piszczka spowodowały, że ta pierwsza połowa naprawdę była ciekawa i przyjemna dla oka.

      Jednakże po trafieniu Zozulyi zacząłem tracić nadzieję. Tyle, że ja mogłem sobie na to pozwolić, ale reprezentanci Polski już nie. Na drugą połowę wyszli już z opuszczonymi głowami, bez wiary. Mało brakowało, a skończyłoby się jeszcze wyższą porażką niż 1:3.

      Nie może być tak, że opieramy naszą grę na tercecie z Dortmundu, bo to po prostu za mało. Mamy ogromny problem z wymianą choćby kilku podań na połowie przeciwnika, co automatycznie eliminuje u nas jakąkolwiek kombinacyjną grę. Już kiedyś to pisałem, ale powtórzę raz jeszcze, bo się nie zmieniło: im bliżej jesteśmy bramki przeciwnika, tym bardziej się go boimy, dostajemy sraczki pod bramką i nie wiemy, co zrobić z piłką.

      Może nie byłoby to tak widoczne, gdyby nie tragiczna skuteczność. Nie przemawia do mnie argument, że Robert Lewandowski nie dostaje tak dużo dobrych piłek niż w Borussii Dortmund. Nie będzie dostawał, bo nie mamy takich graczy, jak Reus czy Goetze. Ale sam miał kilka dobrych sytuacji pod bramką Andriya Pyatova i żadnej nie wykorzystał. Tyczy się to również Rybusa, Obraniaka, Majewskiego, czy nawet samego kapitana, Kuby Błaszczykowskiego. Panowie, zacznijmy chociaż celować w światło bramki, bo w piątek udało nam się to zrobić tylko dwa razy!

      Mamy też problemy z odpowiednim wykorzystaniem stałych fragmentów gry. Mieliśmy całą masę rzutów wolnych, bo nasi bracia współgospodarze postanowili zaorać piękną murawę na Narodowym, często razem z polskimi piłkarzami. Zaś we wtorek szliśmy na rekord w ilości wykonywanych rzutów rożnych. Tylko co z tego? No właśnie o to chodzi, że nic... 

      Drugą połowę oglądalo się topornie, więc zajmowałem się w jej trakcie paroma innymi rzeczami - zjadłem kolację, uporządkowałem biurko, powyrzucałem zbędne pliki z komputera... Na mecz też patrzyłem, ale nie mogę nawet określić, z jaką częstotliwością.

      Wszystko to spowodowało, że w kolejnym zakładzie (była kumulacja, nikt nie trafił wyniku), zdecydowałem, że postawię na 6:1 dla Polski w meczu z San Marino. Uważałem, że będzie z nami tak źle, iż stracimy pierwszą w historii bramkę. Mało brakowało, a miałbym rację. Różnicę bramek zgadłem, ale niestety oczywiście nic przez to nie dostałem.

      W trakcie boju z Sanmaryńczykami miałem ciągly podgląd na facebooka i twittera, bo tam było chyba nawet ciekawiej niż na boisku - co chwilę pojawiał się jakiś żart typu: "Niech lepiej Salamon uważa, bo któryś z rywali może mu we Włoszech rozliczać PIT" albo

      Liczyliśmy, że ten mecz sam się wygra. W sumie... mieliśmy rację, ale to przyniosło fatalny efekt wizualny. Jak najmniejszą ilością podań próbowaliśmy się przedostać pod pole karne rywali, by tam poprzez na przykład... niedokładne podanie z 1-2 metrów stracić piłkę. O skuteczności strzeleckiej już nie wspominam, bo to zrobiłem kilka akapitów wyżej. A to oznacza, że nasze błędy i niedociągnięcia techniczno-taktycznie się powtarzają. 

      Żal było patrzeć, jak goście dostają baty od słabo grającej reprezentacji Polski. Naprawdę chciałem, by zdobyli choćby jedną bramkę, niekoniecznie ze względu na zakład, ale po prostu ze zwykłego ludzkiego współczucia. Chętnie pokrzyczałbym z kibicami na stadionie "San Marino, San Marino", co potępia Dariusz Tuzimek na łamach Onetu, a popiera Jakub Radomski z naTemat.pl. Gdyby Rinaldi wykorzystał być może swoją okazję życia, cieszyłby się ze zdobycia Pucharu Weszło!

      I na koniec jeden akcent pozytywny - rywale zagrali dla nas. Mamy w tabeli tylko 4 punkty straty do drugich Anglików i o jeden mecz rozegrany mniej. Zatem wciąż wszystko mamy w swoich rękach, a raczej nogach. Jednakże z drugiej strony, jeśli dalej nasza gra wyglądać będzie tak, jak w dwóch marcowych spotkaniach, to faktycznie możemy porzucić myśli o wyjeździe do Brazylii. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 marca 2013 22:54
  • piątek, 19 października 2012
    • Jedna jaskółka wiosny nie czyni

      Chociaż mamy jesień, to właśnie powyższe przysłowie idealnie oddaje moje emocje po środowym meczu z Anglią. Jak się okazuje, tematów do dyskusji jest naprawdę wiele, a nie wszystkie mają charakter czysto sportowy...

      Już od początku się przyznam, że nie oglądałem tego spotkania na żywo. Przeszkodził mi w tym dodatkowy kurs języka... angielskiego, który idealnie pokrył się z meczem. Chyba jedynym logicznym argumentem, dlaczego zdecydowałem się jednak na niego pójść były finanse. W dzisiejszych czasach zabawa w języki obce to droga zabawa... Po powrocie nastawiałem się na powtórkę w internecie, aż tu nagle w TVP Sport pojawiła się retransmisja. Moje nastawienie do nich z pewnością znasz, ale tym razem nie miałem innego wyjścia. "Przykra ostateczność" nastąpiła...

      Jednak nie miałbym takiego problemu, gdyby spotkanie odbyło się planowo we wtorek przy zamkniętym dachu. Dla mnie cała afera z nim związana to jakaś paranoja. Rozumiem, że jest przepis mówiący o tym, że jeśli trening odbył się przy otwartym dachu, to mecz także powinien odbyć się w takich warunkach, ale na miłość Boską, przecież już jakiś czas przed rozpoczęciem było widać, że murawa nasiąka wodą i może być tylko gorzej. Generalnie dach jest od tego, żeby go czasem uruchamiać, a nie tłumaczyć się, że podczas deszczu nie można go zasuwać (ponoć można - jak zwykle jest kilka różnych wersji). To w takim razie chciałbym zapytać: po cholerę on w ogóle jest?! Skandal? Kompromitacja? Nie, to Polska! Podobno mecz z Anglią miał być "uhonorowaniem" prezesury Grzegorza Laty. I faktycznie, myślę, że to, co zobaczyliśmy we wtorek idealnie podsumowuje rządy ustępującego prezesa...

      Co do samego meczu, to jestem pod wrażeniem występu naszych reprezentantów. Po dwóch ostatnich spotkaniach - z przeciętnymi reprezentacjami Mołdawii i RPA, nie spodziewałem się fajerwerków w wykonaniu podopiecznych Waldemara Fornalika. Tymczasem nieobecność w składzie Kuby Błaszczykowskiego zmusiła go do podjęcia ryzyka w ustawieniu zespołu, co jednak okazało się dobrym posunięciem.

      Nie będę orginalny i uznam, że największe pochwały należą się strzelcowi bramki, Kamilowi Glikowi, ale nie tylko za trafienie, które uszczęśliwiło całą Polskę. Obrońca Torino bardzo dużo pracował także pod własną bramką i często burzył koncepcje na atak reprezentacji Anglii. Oprócz niego, porcja ciepłych słów powinna powędrować do Grzegorza Krychowiaka, który świetnie wprowadza się do reprezentacji, a także dla Kamila Grosickiego, za szybkość na skrzydłach. Dzięki niemu, nasze ofensywne akcje miały dobre tempo, któremu nie zawsze rywale potrafili sprostać.

      Ogólnie styl, jaki zaprezentowali "Biało-Czerwoni" mógł się podobać. Sporo było akcji ofensywnych, nasi dużo grali piłką, stwarzali okazje. Szkoda tylko, że zawodzi nas skuteczność. Jeszcze czasem pojawia się strach w oczach polskiego piłkarza, kiedy podchodzi coraz bliżej bramki przeciwników. Wygląda wówczas na nieco sparaliżowanego i nie potrafi oddać dobrego strzału, albo w ogóle strzału. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      piątek, 19 października 2012 23:53
  • sobota, 29 września 2012
    • Odwyk od polskiej piłki

      Zanosiło mi się na to od dłuższego czasu. W końcu postanowiłem być konsekwentny, bo straciłem cierpliwość. Ogłaszam, że rozpocząłem odwyk od T-Mobile Ekstraklasy. Z polską piłką zachowam kontakt jedynie poprzez mecze reprezentacji i ewentualnie jakieś teksty, czy krótkie filmiki w internecie.

      Już na samym początku chciałbym wyrazić wyrazy podziwu i szacunku dla Michała Treli, wiecznie spragnionego polskiego futbolu, szukającego go nawet na szczeblu okręgowym, a także dla redaktora naczelnego Pubsport.pl, Damiana Ślusarczyka. W zakładce "o sobie" napisał: "Obecnie jest w stanie obejrzeć 6 meczów polskiej ekstraklasy w trzy dni i nie zgłupieć. Czasem tylko zasypia w trakcie :)". Ja zgłupiałem już po dwóch w drugiej kolejce (pierwszą przegapiłem, bo jeszcze pracowałem na roli). Jednak zanim do tego doszło, śledziłem (bo nie mogę powiedzieć, że oglądałem) "wyczyny" naszych klubów w europejskich pucharach.

      Przede wszystkim nie oglądałem ich, bo nie było gdzie. Polskie stacje - z wyjątkiem Orange Sport - olały sobie eliminacje do Ligi Europy. Teraz, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że był to dobry ruch. Wystarczyło, że Śląsk popsuł wizerunek polskiej piłki swoimi popisami nieudacznictwa z Budućnostią i Helsingborgiem. Jedyną ekipą, która być może nie skompromitowałaby się na europejskiej scenie byłaby Legia, ale niestety Wojskowi przegrali wygrany dwumecz z Rosenborgiem. Po cichu liczyłem też na Lecha, lecz nadzieja okazała się być płonna. I tak oto z powrotem nasze kluby mogły już bez przeszkód taplać się w krajowym błotku.

      Tego lata minęło 10 lat od mojego zauroczenia piłką nożną i kupienia pierwszego w życiu Skarbu Kibica Ligi Polskiej. Od tamtej pory nie przegapiłem żadnego takiego przedrundowego wydania. Jednak za każdym razem sytuacja się powtarza - na papierze nasza liga zapowiada się wspaniale, najlepiej od lat, a rzeczywistość okazuje się tragiczna. Według mnie, produkowanie ponad stu stron wyłącznie o T-Mobile Ekstraklasie to stanowczo za dużo. Mamy do czynienia jakby z barokowym przerostem formy nad treścią (a ponoć żyjemy obecnie w neobaroku). Obok zaś mam na biurku dodatek do gazety z tego samego wydawnictwa, ale z dopiskiem "ANGLIA". Jest blisko trzy razy szczuplejsza, ale tutaj aż chce się, żeby tych stron było jak najwięcej. To właśnie m.in. tamtejsze rozgrywki powinny być tak rozrysowane, jak polskie.

      W te wakacje przeczytałem naprawdę dużo sportowej prasy. Robiłem to z przyjemnością, dopóki nie natrafiałem na rozmemłane dodatki o... polskiej piłce. Rozumiem jakiś jeden czy drugi felieton, krótką zapowiedź, ale rozkładanie każdego meczu każdej kolejki na czynniki pierwsze to dla mnie przesada. Wiem, że to bardzo ważna, wręcz obowiązkowa część pracy dziennikarzy i nie da się od tego uciec, bo to nasza rodzima liga, ale odnoszę wrażenie, że ona na takie wyróżnienia nie zasługuje. Zacząłem już pomijać niektóre strony...

      Rozgrywki T-Mobile Ekstraklasy mają bardzo rozbudowane prawa transmisyjne. Wiele z tych najlepszych meczów przeciętny kibic nie może zobaczyć, bo nie zapłacił za dekoder Cyfry+. Jeśli ma trochę szczęścia, to zobaczy kilka gorszych spotkań na antenie Imperium Słońca albo Eurosporcie 2. W związku z tym chciałbym zapytać: dlaczego promujemy nasz produkt w Europie nie tym, co najlepsze, tylko tym, co... przeciętne?! To francuski nadawca powinien sobie wybierać mecz do pokazania w kolejce. Zamiast promować resztki pozytywów z polskiej piłki, strzelamy sobie w stopę.

      Jeszcze niedawno brakowało mi porządnego magazynu ligowego w otwartej stacji telewizyjnej. Za taki uważałem "Magazyn Idea/Orange Ekstraklasa" emitowany swego czasu w TVN i TVN24. "Szybka Piłka"  była dla mnie za szybka. Teraz już nie przywiązuję do tego tak wielkiej wagi - wystarczy mi kilka skrótów na stronie ekstraklasa.tv, jeśli jestem naprawdę spragniony.

      Niedawno żałowałem też, że nie mam swobodnego dostępu do meczów na naszym podwórku.. lecz to również już mi przeszło. Jeżeli naprawdę będzie mi zależało, to włączę sobie w internecie, ale tylko wtedy, gdy w ligach zagranicznych nie znajdę jakiegoś ciekawego starcia. Na przykład w ostatnią sobotę września wybrałem dwa hity Premier League (Arsenal - Chelsea i Man United - Tottenham), które czasowo pokrywały się z meczami w Polsce. I wcale nie żałuję! 

      Poziom naszej ligi się wyrównał, ale niestety w dół. Dlatego mistrzostwo wywalczyć może dosłownie każdy. Wystarczy odrobina szczęścia, jedna, czy druga seria zwycięstw (albo chociaż meczów bez porażki) i wszystko jest możliwe. Pewnie są tacy, którzy się tym emocjonują, ale ja niestety coraz mniej. Brakuje nam silnych przodowników, kandydatów do zaprezentowania się w europejskich pucharach. A przecież mamy się ponoć piąć w górę rankingu UEFA, aby wywalczyć jeszcze jedno miejsce w el. LM... Jak na razie, to musimy udowodnić, że na to jedno zasługujemy... 

      Przedstawiłem więc kilka powodów, dla których uważam, że mecze z udziałem polskich zespołów naprawdę straciły na atrakcyjności. Przecież perspektywa Euro 2012 miała poprawić wizerunek polskiego futbolu, a nie odwrotnie. Brakuje mi już sił oraz cierpliwości. Nie chcę się męczyć, wolę poparzeć na futbol w najlepszym wydaniu. To właśnie sprawia, że opuszczenie kolejki ligi polskiej nie boli mnie wcale, zaś niezobaczona kolejka Ligi Mistrzów kłuje mnie w sercu strasznie. Na zakończenie powiążę obie wymienione rozgrywki: Nie muszę pamiętać, ile lat minęło od gry Widzewa w Lidze Mistrzów, bo sam przeżyłem o rok więcej. Coś mi się wydaje, że jeszcze sobie poczekamy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      sobota, 29 września 2012 23:50
  • sobota, 08 września 2012
    • Wszyscy wrócili zdrowi, a i wynik niezły

      Nie zaliczyłem pełnego, stuprocentowego bojkotu polskiej reprezentacji piłkarskiej, bo mecz z Czarnogórą obejrzałem, lecz za niego nie zapłaciłem. Myślę, że podobnie jak ja postąpiły setki tysięcy Polaków.

      Trzeba przyznać, iż spotkanie w Podgoricy nawet dało się oglądać, choć nie jestem w stanie określić ile z tej oceny jest związane z nim samym, a ile ze zwyczajną tęsknotą za bataliami eliminacyjnymi o punkty. Brakowało mi tej rywalizacji czy to u siebie, czy na wyjeździe z wyraźnym celem.

      To, że kibice będą niebezpieczni, wiadomo było już od połowy lipca, kiedy Śląsk Wrocław walczył o 3. rundę el. LM z Buducnostią Podgorica. Zarówno Czarnogórcy, jak i Polacy zapowiadali, że to nie koniec wojny. Ile ja już razy potępiałem takie zachowania... "Jugosłowiański temperament jest straszny, nie do zatrzymania ani przezwyciężenia. Stąd te wszystkie spory na tamtym terenie" - opowiada mi mama, która jako reprezentantka Polski w koszykówce rozegrała kilka spotkań na tamtym terenie. 

      Szkoda, że nerwowa atmosfera z trybun przeniosła się na boisko w II połowie. Niestety, Ludo Obraniak dał się wciągnąć w nią i poniosło go w sytuacji, po której dostał czerwoną kartkę. Już się spekuluje, że powinien zostać zawieszony w kadrze, ale moim zdaniem to przesada. Niemniej jednak musi uważać na siebie, bo jeszcze jeden, dwa takie wypadki i się komuś w PZPNie cierpliwość skończy. Szkoda tylko, że zawodnik Bordeaux miał świadomość, że graliśmy w przewadze i mieliśmy większą szansę na wygraną. 

      Nie miałbym nic przeciwko, gdyby po pierwszych kilku minutach mecz został przerwany i przyznano nam walkower. Napisałem o tym na twitterze. W tej samej chwili wpadła mi do głowy myśl, którą już zdążył "zaćwierkać" Rafał Stec:

      Przemek Tytoń znalazł się w - jak to określił Mateusz Borek - "polu minowym, miejscu dla sapera, a nie bramkarza". Tomasz Zimoch, nieco przestraszony, godzinę po ostatnim gwizdku na facebooku opublikował, że na szczęście przetrwał w czarnogórskim kotle czarownic:

      "Żyję!!! Ale nigdy dotąd nie czułem się zagrożony na meczu, tak jak dzisiaj... a już droga jaką wyznaczyli mi organizatorzy do strefy pomeczowych wywiadów to była istna «ścieżka zdrowia» "

      Mało który dziennikarz w Polsce może się pochwalić tak dużym doświadczeniem, niezliczoną ilością obejrzanych/skomentowanych meczów, więc ufam, że to było naprawdę piekło.

      W pierwszej połowie zobaczyłem w naszej reprezentacji taką samą grę, jak podczas Euro 2012, tj. dobry, żywy kwadrans (w tym wypadku pierwszy), a potem walka o przetrwanie. Bardzo mnie to zasmuciło, bo to by oznaczało, że nie wyciągnęliśmy wniosków. Po przerwie jednak druga połowa dość mocno przypominała mi te drugie 45 przeciwko Rosji (z wyłączeniem czerwonych kartek). Po pięknym golu zdobytym główką przez Adriana Mierzejewskiego aż uniosłem ręce do góry i podskoczyłem z krzesła - tak mnie ucieszył. Ostatni raz przydarzyło mi się to... niemal 3 miesiące temu na Stadionie Narodowym po trafieniu Kuby Błaszczykowskiego...

      Z przodu Polacy wyglądali całkiem dobrze - udzielali się Lewandowski, Błaszczykowski, Mierzejwski. Gorzej było niestety w obronie - tam wkradało się dość dużo nerwowości i niedokładności, co zwykle jest najlepszym prezentem dla drużyny przeciwnej. Na szczęście rywalom przydarzały się też fatalne pudła. Na nieszczęście, nam też...

      Wielu zarzuca reprezentantom Polski, że stracili punkty z jakimiś ogórkami z południa. Tymczasem warto zaznaczyć, że wielu znakomitym drużynom nie udało się zwyciężyć na tamtym terenie. Jest tam przecież kilku piłkarzy o znanych nazwiskach z Vuciniciem, Joveticiem na czele. Jeśli dołożymy do tego jeszcze wspominaną bałkańską waleczność, to mamy całkiem dobry zespół, który wcale nie jest bez szans w walce o udział w MŚ w Brazylii.

      Na szczęście, cała nasza kadra wróciła z Podgoricy cało i zdrowo z niezłym rezultatem. Cel na wrzesień to 4 punkty, więc trzeba jeszcze dołożyć 3 przeciwko Mołdawii. Z jednej strony, nie powinno być to problemem dla nas, ale z drugiej... niczego nie można być pewnym. 

      PS. Przepraszam, że w jednym z akapitów tak mocno odnosiłem się do twittera, ale już za kilka godzin będę świętować tydzień, odkąd go mam [oto dowód], a wciąż odkrywam jego tajniki... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      sobota, 08 września 2012 23:57

Kalendarz

Styczeń 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

.Pubsport.pl – wpadnij pogadać o sporcie!

sportnaekranie.pl Ko[...]rnik

Pamiętaj, tak się gra (TV)!

Blogi Sportowe Zobacz mnie na GoldenLine