Prawie jak w studio

Krzysztof Sędzicki o różnych wydarzeniach sportowych. Prognozy, opinie, analizy i felietony - prawie jak w telewizyjnym studio...

Skoki Narciarskie

  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
  • sobota, 28 grudnia 2013
    • Sezon rozpoczął się tak naprawdę w Lillehammer

      Tyle się już wydarzyło w tym sezonie Pucharu Świata w skokach narciarskich, a wciąż zostało więcej niż mniej. Przed nami Turniej Czterech Skoczni, ale warto też na moment popatrzeć wstecz - na to, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach roku kalendarzowego.

      Pierwszych konkursów - w Klingenthal i Kuusamo - w ogóle nie powinno się poddawać głębszym analizom. Po pierwsze dlatego, że był to sam początek sezonu. Po drugie organizowane były w bardzo trudnych i niesprawiedliwych warunkach atmosferycznych, których - po trzecie - nie zrekompensowały punkty za wiatr czy zmianę długości najazdu. Tak więc mimo miłego dla nas akcentu w postaci zwycięstwa Krzysztofa Bieguna nie biorę tamtych zawodów na poważnie. W podobnym tonie pisał na Pubsport.pl "ojciec redaktor", Damian Ślusarczyk.

      Prawdziwa rywalizacja rozpoczęła się dopiero na skoczniach olimpijskich w Lillehammer. Tam o miejscach zawodników przestała decydować pogoda, a zaczęły umiejętności. Jako pierwsi pazury wysunęli Niemcy. Na średniej skoczni cała startująca siódemka uplasowała się w pierwszej dwudziestce, a szóstka zdobyła punkty dzień później na dużym obiekcie. Mogły pojawić się obawy co do formy "Biało-czerwonych", bo tak naprawdę nie odgrywali znaczących ról. 

      W Titisee-Neustadt już wszystko wróciło do naszej normy, tj. Kamil bił się o czołowe pozycje, a pozostali nasi skoczkowie punktowali. Niektórzy nawet solidnie, bo łapali się do pierwszej piętnastki. O tym, co stało się tydzień później w Engelbergu chyba nie ma co się rozpisywać, bo robiły to w ostatnim czasie wszelkie media. Oczywiście te występy bardzo mnie uradowały, gdyż dla nas, Polaków, miały one wymiar historyczny. Swoje opinie i prognozy zawarłem już w felietonie opublikowanym kilka dni temu, więc tam odsyłam, by się nie powtarzać.

      Możemy chyba zapomnieć o dominacji Austriaków. Pojawiają się głosy, że czeka nas teraz jeszcze wyraźniejsza hegemonia polska. Na przekór hejterom mógłbym teraz zapytać, czy w ogóle będzie po co oglądać konkursy, skoro z góry będzie wiadomo, kto je wygra, ale wiem, że nie ma co walczyć z wiatrakami i zachowań typowych dla Polaka nie jestem w stanie zmienić. 

      Skoro poruszyłem temat drużyny prowadzonej przez Alexandra Pointnera, wejdę w niego trochę głębiej. W tej chwili do dyspozycji ma wracającego po upadku w Titisee-Neustadt, ale będącego w niesamowitej dyspozycji Thomasa Morgensterna, "trwale rozregulowanego"* Gregora Schlierenzauera, średnio spisujących się Loitzla, Koflera i Krafta, a także młodego zdolnego Thomasa Dietharta i Michaela Hayboecka, który na obiektach w Niemczech i Austrii zadebiutuje w Pucharze Świata w tym sezonie. Na razie nie widać przerażającej siły w tym zespole, ale być może już w Innsbrucku i Bischofshofen ktoś z grupy krajowej pokaże się z dobrej strony. Te konkursy są atutem dla tej reprezentacji.

      Co przykuło moją uwagę w tym sezonie? Przede wszystkim dość duża ilość zawodników starszego pokolenia. Pewnie pierwsza myśl, jaka przychodzi Ci do głowy, Drogi Kibicu, to 41-letni Noriaki Kasai, czy dwa lata starszy Takanobu Okabe powołany na Turniej Czterech Skoczni, lecz mi chodzi o kogoś innego. Nie piję też w stronę Janne Ahonena (swoją drogą życzę mu jak najlepiej, ale na medal w Sochi się nie zapowiada). Wystarczy spojrzeć na listę startową i wyliczyć kilka nazwisk: Matura, Neumayer, Kranjec, Vasilliev, Loitzl, Watase, Janda, Bardal, Ammann, Schmitt to zawodnicy, którzy mają już trójkę na początku liczby swojego wieku.

      Sporo jest również skoczków blisko tej granicy, np. Kofler, Fettner, Ito, Morgenstern, Happonen czy Jacobsen. Nie wiem, czy to tylko mój jakiś dziwny wymysł, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że jesteśmy (lub będziemy) świadkami prawdziwej pokoleniowej zmiany warty. Prawdopodobnie wielu z tych sportowców planuje zakończyć sportową karierę po sezonie olimpijskim. Coś czuję, że w Planicy na nowej skoczni (choć niestety nie będzie to Letalnica) czeka nas fala pożegnań. Pora zacząć gromadzić chusteczki.

      Ponadto utwierdziłem się w przekonaniu, że konkursy w tej dyscyplinie mogą być ciekawe, ale tylko przy w miarę równych warunkach atmosferycznych. Gdy pojawi się wiatr z różnych kierunków, od razu zawody stają się niejasne oraz nieciekawe dla widzów. Majstrowanie rozbiegiem i punktowanie podmuchów wiatru mija się niestety z celem. Dziwi mnie też pomysł z początkiem sezonu w Klingenthal, gdzie było bodajże 9 stopni. Wszyscy uczestnicy konkurencji rozgrywanych na śniegu mają problem z (ponoć rzekomym) ociepleniem klimatu, więc chyba najrozsądniej byłoby pierwsze kilka konkursów rozegrać w Skandynawii. Byle tylko uciekać z Kuusamo, bo mimo że skocznia i okolice prezentują się przepięknie, to wiatr zawsze paraliżuje harmonogram przeprowadzania zawodów. Nie przypominam sobie, by zdarzył się weekend, w którym wszystko poszło gładko i zgodnie z planem, zawsze coś musiało być przerywane, opóźniane lub odwoływane. 

      Na zakończenie wrócę do teraźniejszości, a nawet lekko wybiegnę w przyszłość, konkretnie w najbliższe kilka dni, w których rozegrany zostanie Turniej Czterech Skoczni. Zapowiada się on niezwykle ciekawie, gdyż bardzo ciężko jest wskazać jednoznacznie, kto będzie faworytem. Mówi się o Kamilu Stochu, ale również nie brakuje osób, które wskazywałyby Schlierenzauera, Bardala, czy Morgensterna. Być może Niemcy roztrzygną kwestię wygranej między sobą, bo Freund albo nawet Wellinger mają możliwości. A może ktoś inny wystrzeli z formą akurat teraz? Jakiś Słoweniec, Japończyk, czy... Polak? Pewne jest jedno: czekają nas fantastyczne konkursy. Oby tylko nie zepsuł ich wiatr.

      * - takich słów użył dziennikarz Sport.pl, Paweł Wilkowicz, na twitterze:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      sobota, 28 grudnia 2013 23:59
  • poniedziałek, 23 grudnia 2013
    • Czy naszym skoczkom wystarczy sił?

      Sezon w skokach narciarskich trwa już miesiąc, ale przed nami jeszcze trzy kolejne bardzo wymagające miesiące. Tymczasem nasi zawodnicy już osiągają znakomite wyniki, mówi się nawet o pewnej biało-czerwonej dominacji. Wszystko przepięknie, lecz czy da się to utrzymać do Sochi?

      Dokładnie rok temu (przełomowe konkursy w Engelbergu) Polacy zaczęli podnosić się z kolan. Było tak źle, że trener Łukasz Kruczek chciał podać się do dymisji. Tymczasem forma przyszła nieco później i z naszych skoczków mieliśmy jeszcze mnóstwo pociechy. Głównym sprawcą naszej radości był Kamil Stoch, ale przecież w kapitalnej formie byli również Maciej Kot, Dawid Kubacki i Piotr Żyła. Tego ostatniego uwielbiamy nie tylko za sportowe wyniki, lecz także (a może przede wszystkim) za wypowiedzi, jakich udziela w mediach. 

      Powróćmy do teraźniejszości. Już teraz sytuacja wygląda na lepszą niż na mecie poprzedniego sezonu. To musi cieszyć, bo cudownie jest widzieć Polaków stających na podium konkursów Pucharu Świata, ale najwięcej obaw budzi kwestia formy na Igrzyska Olimpijskie - imprezę tej zimy zdecydowanie najistotniejszą. 

      Załóżmy scenariusz najbardziej pesymistyczny. Ja widzę to tak: w tej chwili wielu zawodników jeszcze nie ustabilizowało formy i przygotowuje jej szczyt na połowę lutego. Tymczasem Polacy wykorzystują to, że inni jeszcze do optymalnej dyspozycji nie doszli i zajmują miejsca w czołówce, wygrywają, stają na podium. Ale co z tego, skoro na Krasnej Polanie konkurenci będą szybować daleko, a u podopiecznych Łukasza Kruczka pojawi się syndrom zmęczenia, wypalenia. Utrzymanie tak wysokiej formy przez cały sezon (albo chociaż jego 3/4) graniczy niemal z cudem. Kiedyś przecież musi nastąpić kryzys.

      Przejdźmy zatem do jasnej wersji scenariusza. Nawet sam Adam Małysz twierdzi, że to jeszcze nie jest szczyt możliwości naszych zawodników (strach pomyśleć, jak on będzie wyglądał). Przecież mamy tak doświadczony sztab szkoleniowy, że ludzie tam pracujący na pewno wiedzą, co robią. Także nasi reprezentanci nie są przecież nowicjuszami. Kamil Stoch, Piotr Żyła, czy nawet Maciej Kot i Dawid Kubacki to zawodnicy, którzy już są obyci w startach ze ścisłą czołówką i powinni znać swoje możliwości. A my mamy się po prostu cieszyć i ufać, że tak pozostanie do samego końca.

      Od siebie dodam tyle, że bez względu na to, czy forma na Igrzyska będzie, czy nie, zapowiada nam się fascynująca walka w Turnieju Czterech Skoczni. Jeśli nawet faktycznie na rosyjskich igrzyskach nie będzie dobrych skoków (odpukać w niemalowane!), to chociaż wykorzystajmy maksymalnie aktualną sytuację i dalekie loty naszych rodaków. Czyli: "cieszmy się, póki możemy."

      Powyższe myśli zbudziła we mnie jedna wypowiedź pewnego znanego dziennikarza na Twitterze:

      Naprawdę mamy realną szansę na kolejny historyczny wynik, o którym za czasów Fijasa, czy nawet Małysza Polakom się nie śniło. Oto Kamil Stoch jest jednym z głównych faworytów do zwycięstwa w całym tym wielce prestiżowym cyklu. Poza tym do walki włączyć się mogą pozostali nasi reprezentanci, a to da nam jeszcze więcej radości z oglądania skoków w okresie świąteczno-noworocznym.

      Więcej zarówno o samym Turnieju Czterech Skoczni, jak i o konkursach Pucharu Świata, które już za nami, (już nie tak bardzo przez pryzmat Polaków) postaram się napisać po świętach, ale przed pierwszym konkursem na Schattenbergschanze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 grudnia 2013 23:58
  • sobota, 02 marca 2013
    • Rozskakali się nam chłopaki!

      Z Mistrzostw Świata w Val di Fiemme polska ekipa wyjedzie zadowolona, przynajmniej ta związana ze skokami. Po niepowodzeniu na normalnej skoczni przyszły dwa dni chwały - w czwartek indywidualnej dla Kamila Stocha, w sobotę zaś dla całej reprezentacji za brązowy medal w zawodach drużynowych. Wypadałoby jednak zachować chronologię, a zatem w sobotę, 23 lutego na HS 106...

      Kamil przegrał z samym sobą, a wygrał Bardal, nie Schlierenzauer

      I w tym miejscu powinienem posypać głowę popiołem (co prawda uczyniłem to w Środę Popielcową, ale tu chyba jednak wypada). Byłem przekonany, że Gregor zgarnie złoto, a walka toczyć się będzie o co najwyżej srebrny medal. Tymczasem Austriak oddał dwa dobre skoki, ale nie było tego blasku, którego się spodziewałem - przeskakiwanie skoczni, wysokie noty, zwycięstwo zaklepane "wcześniej".

      Nie wziąłem pod uwagę, że Anders Bardal może zwyciężyć i to jeszcze z ponad dwumetrowym zapasem. Widocznie posiadając świadomość, że Pucharu Świata raczej nie obroni, od kokursów w Sapporo postanowił podporządkować absolutnie wszystko Mistrzostwom we Włoszech. Po powrocie z Azji jego wyniki nie były jakieś rewelacyjne i stąd pewnie jego wygrana mogła niektórych zaskoczyć. Ja po prostu uderzyłem się w głowę i wykrzyknąłem: "No taaak, wiedziałem, że o kimś zapomniałem".

      Jednakże drugiego miejsca Kamila Stocha żałuję. Fakt faktem, iż znaczna większość zawodników lądowała bliżej w II serii, ale mniej więcej było wiadomo, ile należy skoczyć, by załapać się na podium. Niestety, nasz przyszły jeszcze wówczas Mistrz Świata, podobnie jak Justyna Kowalczyk na trasie biegowej tego samego dnia, musiał obejść się smakiem.

      Brązowy medal wywalczył młody, solidny i ambitny Peter Prevc, co może jest niespodzianką, ale gdy popatrzymy na jego postępy w ostatnim czasie, przestaniemy używać powyższego określenia w jego kontekście. No i miał chłopak razem z całą reprezentacją dużo radości. Nic tylko bić brawo.

      Nadspodziewanie dobrze spisał się Thomas Morgenstern, który jako jedyny oprócz zwycięzcy dwukrotnie doleciał do przynajmniej setnego metra. Możliwe, że w miarę ustabilizował formę, choć pewnie ta kontuzja, która potem się ujawniła w konkursie drużynowym tydzień później wykluczy go ze startów w tym sezonie. Dobrze, niech wyzdrowieje na kolejny sezon.

      Wśród pozostałych Polaków na pochwałę zasłużył tylko chyba Maciej Kot, który zajął 11. miejsce. To jedno z jego najlepszych osiągnięć w seniorskiej karierze. Piotr Żyła oczywiście powinien dostać srebrne usta, ale jego próby, choć niezłe, nie wystarczyły, by zająć wysokie miejsce. Dawid Kubacki miał po prostu pecha i był najlepszym z tych, którzy nie załapali się do serii finałowej tamtego konkursu.

      "Mistrz Mistrz Kamil Stoch!"

      "28 lutego 2013 roku. Ten dzień przeszedł do historii polskiego narciarstwa!" Niby stara, wyświechtana formułka, ale pasuje jak ulał. 10 lat po tym, jak Adam Małysz zwyciężył na Trampolino dal Ben, ponownie to samo uczynił Kamil Stoch. Piękne chwile, wielka radość, ale też i nerwy - sam przez całą drugą serię nie mogłem usiedzieć na tyłku, bo bałem się, że Kamil nie wytrzyma, znów spali się i powtórzy "wyczyn" ze średniej skoczni. On jednak pofrunął daleko - tak, jak powinien. Choć w pierwszej chwili bałem się, że 130 metrów to będzie za mało (Tomasz Zimoch na antenie Jedynki ponoć też), ostatecznie okazało się, że przewaga była wystarczająca.

      Wtedy właśnie pierwsze łzy napłynęły mi do oczu. Przypomniało mi się, jak będąc w I klasie podstawówki oglądałem fantastyczne zwycięstwa Adama Małysza w Val di Fiemme. I znów nastąpił ten cudowny moment, kiedy nasz skoczek został Mistrzem Świata. Tylko jakoś Włodek Szaranowicz trochę mniej entuzjastyczny niż 10 lat temu. No, jednak z drugiej strony tego odlotu z 2003 roku chyba nigdy nie przebił. Ach, jednak sporo rzeczy się zmienia...

      Cieszy mnie też to, że zawody rozgrywane były w sprawiedliwych warunkach. Niezbyt korzystnych, ale w miarę równych. Mimo tego znów w czołówce znalazły się dość niespodziewane nazwiska, jak Prevc, Loitzl, czy Matura. Schlierenzauer i Bardal przez swoje pierwsze, średnie wobec wyczynów Kamila skoki, wylądowali hen daleko, na granicy pierwszej i drugiej dziesiątki.  

      Już w czwartek dało się zauważyć, że zmiana belki startowej może być głównym elementem taktycznym poszczególnych zawodników i zespołów. Wariant stosowany dotąd głównie przez Alexandra Pointnera, rzadziej przez Alexadndra Stoeckla kopiowało wielu skoczków z czołówki oraz tych, którym najbardziej zależało na poprawie swojej lokaty.

      Tego dnia występ innych Biało-Czerwonych spadł na dalszy plan. Wszyscy, łącznie z nimi, cieszyli się z życiowego sukcesu Kamila.

      Tak się kończy przesadne majstrowanie belką

      Sobotni konkurs drużynowy na dużej skoczni był naprawdę fantastycznym spektaklem. Dawno tak dramatycznych zawodów nie mieliśmy. Złoty medal nieco szczęśliwie, a także w bólach (dosłownie i w przenośni) zdobyli Austriacy. Warto dodać, iż była to ich pierwsza zespołowa wygrana w tym sezonie. Biorąc pod uwagę kapitalną dyspozycję Loitzla, fantastyczną równowagę Fettnera, wytrwałość Morgensterna i koncentrację do końca Schlierenzauera, trzeba przyznać, że ten medal im się należał.

      Srebrny medal zdobyli Niemcy, głównie dzięki bardzo dobremu występowi Andreasa Wanka w pierwszej grupie. To mógł być jeden z czynników, przez który nie znaleźliśmy się wyżej. Pewnie rozpamiętywalibyśmy to bardziej, gdyby nie Norwegowie i Anders Bardal w pierwszej serii, któremy policzono za dużo punktów w związku z belką startową, z której ruszał. Ktoś tam się w FISie pomylił, zanotował (była chyba nawet informacja na ekranie naszych telewizorów), ale nikt nie zauważył wystarczająco wcześniej. Norwegowie mają prawo czuć niesmak, żal, lecz także mieć pretensję do organizatorów, bo pewnie gdyby wiedzieli o czymś takim, to w II serii walczyliby o lepsze rezultaty. Cóż, tak kończyć się może majstrowanie plaformą startową...  Może będzie to dla kogoś nauczka? W sobotę ten zabieg był bardzo popularny wśród trenerów. Boję się, że tak będzie już do końca sezonu. Skoro pozwalają na to przepisy... 

      Już zmierzyłem, że do Niemców (a pierwotnie do medalu) zabrakło nam 44,(4) cm. Albo jeszcze drobnego podmuchu w plecy dla któregoś z naszych. Nie jestem zwolennikiem gdybania, ale uważam, iż Maciej Kot i Piotr Żyła w pierwszej serii odrobinkę za dużo stracili do rywali. Nie oddali, broń Boże, złych skoków, lecz przy lepszych próbach konkurentów, plasowało nas to chyba niżej, niż się byśmy spodziewali.

      Na minus trochę zaskoczyli Japończycy i Słoweńcy, ale tak to jest w konkursach drużynowych, że jak jeden czy drugi nie skoczą w miarę porównywalnie do pozostałych przeciwników, to spada się w klasyfikacji. Było to przypominane parokrotnie dnia dzisiejszego, lecz zawsze znajdzie się jakaś drużyna, która jednak ucierpi przez coś takiego. Tym razem padło na te właśnie dwie ekipy. 

      A tam, gdzie udział brały kobiety... 

      ... niestety wypowiedzieć się (jeszcze) nie mogę, ponieważ nie zdążyłem obejrzeć ani ich konkursu indywidualnego, ani mieszanego. Na pewno to nadrobię, ale chyba już nie "uczczę" wpisem. Poinformuję tylko Włodzimierza Szaranowicza, że Japonka Ito ma na imię Yuki. Chyba o tym zapomniał w czwartkowej i sobotniej transmisji.

       

      Ze skoczni w Predazzo wyjeżdżamy z wielkim uśmiechem na twarzy. Dopisali zarówno skoczkowie, jak i kibice oraz organizatorzy dopingu. Widać było, że na skoczni panuje fantastyczna atmosfera, godna medali MŚ. Za to trzeba wszystkim bardzo serdecznie podziękować i pogratulować. Dobra robota!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      sobota, 02 marca 2013 23:53
  • sobota, 23 lutego 2013
    • Oby tylko wiatr nie wypaczył

      O medale na średnim obiekcie powalczą dziś skoczkowie. Spróbuję sklecić jakąś zapowiedź, ale boję się, że będzie można ją rozbić o kant wiadomo czego, jeśli na Trampolino dal Ben będzie wiało. Nawiasem mówiąc, bardzo podoba mi się nazwa obiektu której użył Paweł Wilkowicz:

      Zacznijmy od tego, że na skoczni normalnej wszystko zdarzyć się może. Na takowej w Pucharze Świata rywalizuje się rzadko. Podejrzewam, że w programie MŚ widnieje ta konkurencja tylko dlatego, by zawody w skokach narciarskich nie kończyły się po dwóch-trzech dniach, jak ma to miejsce przy MŚ w lotach.

      Jeśli chodzi o szanse Polaków, to wydaje mi się, iż indywidualnie są one większe niż na skoczni dużej. Dalekie skoki w kwalifikacjach dobrze rokują na konkurs główny. Konkretnych miejsc wolę nie wskazywać, bo musi się na to złożyć mnóstwo czynników. Myślę, że czołowa dziesiątka to realny cel dla każdego z naszych reprezentantów.

      Murowanym faworytem dla mnie jest Gregor Schlierenzauer. Austriak jest aktualnie w wybornej formie i złoto zabrać mu może tylko i wyłącznie... wiatr. Jeśli będzie mocno wiało, bądź kręciło na skoczni, to skoczkowie otrzymywać będą przeróżne bonifikaty punktowe i być może komuś niespodziewanie uda się wskoczyć na szczyt.

      Nie chcę sytuacji, by znów Bogdan Chruścicki na antenie Eurosportu (choć teraz przy skokach słyszymy go rzadko) mówił o kimś "przypadkowy Mistrz Świata", jak czynił to przez dwa lata wspominając o Andreasie Kuettelu i jego sukcesie w szalonym, jednoseryjnym konkursie w Libercu. 

      Silni powinni być Norwegowie (Stjernen, Jacobsen, Bardal), Niemcy (Freund, Freitag, Wank), a także Japończycy (w zasadzie wszyscy), którzy choć dotychczas w Pucharze Świata nie prezentowali się jakoś wybitnie, to po wynikach treningów oraz kwalifikacji widać, że wyraźnym celem nr 1 dla reprezentacji Tomoharo Yokokawy są Mistrzostwa Świata w Predazzo.

      Zagadką dla mnie będzie występ reprezentacji Austrii. Mój redakcyjny kolega, Szymon Kastelik stawiając tezę, że Schlierenzauer nie jest najlepszy, przypuszczał również, że trener Pointner skupił się na nim, jako liderze, a "zaniedbał resztę kadry". Cóż, może coś w tym jest, ale ostatecznie o wszystkim zaczniemy się przekonywać od 17:00, wraz ze startem pierwszego zawodnika.

      Znak zapytania postawiłbym również przy rerpezentacji Słowenii. W zapowiedzi Pubsport.pl znalazłem wymowny nagłówek pt. "Mamut zjadł Słoweńców?". Dlatego w roli faworytów postawię ich dopiero, gdy zawody przeniosą się na HS 134. No, chyba, że się kryją przed konkurencją, ale chyba ani Goran Janus ani jego podopieczni aż takimi hazardzistami nie są.

      Ciekaw jestem, jak zaprezentuje się reprezentant... Grecji, Nico Polychronidis, który przebrnął kwalifikacje na przedostatnim miejscu. Presja w postaci załapania się do pięćdziesiątki już chyba zeszła, teraz już każde osiągnięcie będzie dla niego sukcesem. Czy będzie to punkt K, awans do II serii? Zobaczymy. Życzę mu jak najlepiej z całego serca.

      I na koniec raz jeszcze zaklinam wiatr, żeby nam dziś nie popsuł rywalizacji. Parafrazując II część "Dziadów" Mickiewicza: "Zostawże nas w pokoju; A kysz, a kysz!"

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

.Pubsport.pl – wpadnij pogadać o sporcie!

sportnaekranie.pl Ko[...]rnik

Pamiętaj, tak się gra (TV)!

Blogi Sportowe Zobacz mnie na GoldenLine