Prawie jak w studio

Krzysztof Sędzicki o różnych wydarzeniach sportowych. Prognozy, opinie, analizy i felietony - prawie jak w telewizyjnym studio...

Siatkówka mężczyzn

  • środa, 17 września 2014
    • Tu potrzeba kardiologa...

      Po raz pierwszy w historii polscy siatkarze pokonali reprezentację Brazylii w zawodach rangi mistrzowskiej. Na dodatek uczynili to we własnej hali przy niezwykłym wsparciu ponad 12000 kibiców, w sposób najbardziej emocjonujący z możliwych. 

      Do nieba, do piekła i znów do nieba

      W pierwszej partii mieliśmy nad Canarinhos przewagę w postaci znajomości obiektu, w którym zostały rozegrane zawody. Widać było, że podopieczni Bernardo Rezende potrzebowali trochę czasu, by przyzwyczaić się do atmosfery panującej w Atlas Arenie. Lecz był to problem gości, a nie nasz. Mnie jedynie niepokoił fakt, że poza Mariuszem Wlazłym mało kto potrafił skończyć atak. Zadowalała mnie jedynie dyspozycja Polaków w bloku, który przyniósł nam sporo ważnych punktów. Dlatego gdy w Łodzi zapanowała euforia po wygranej w premierowej odsłonie, w środku wciąż byłem niespokojny. 

      Odbiło nam się to czkawką w II i III secie, gdy właśnie Brazylijczycy pokazywali nam, jak to powinno wyglądać. Trudno było przewidzieć, czy Bruno (który brutalnie bawił się naszym blokiem) zagra do Visotto, Lucarellego, czy też do Lipe Fontelesa. Cała trójka była bardzo regularna i skuteczna w swoich atakach, a jakby tego było mało Lucas raz po raz wbijał nam w parkiet piekielne mocne gwoździe Uwierzcie mi, na żywo wyglądają one jeszcze bardziej efektownie niż w telewizji. 

      Czas na mały paradoks. Nie muszę chyba rozpisywać się na temat Piotra Nowakowskiego, bo wszyscy widzimy, że ten turniej mu wyraźnie nie wychodzi. Jednak co powiedzie na to, że Marcin Możdżonek, który zagrał w IV i V partii nie zdobył ani jednego punktu? Mimo tego postrzegamy jego występ jako zdecydowanie lepszy niż środkowego Asseco Resovii Rzeszów. Być może wystarczy nie psuć zagrywek?

      Jeśli chodzi o środek, to kapitalnie zaprezentował się po naszej stronie Karol Kłos. Aż 7 z 14 jego skoków do bloku zakończyło się sukcesem. To on, razem z Mateuszem Miką, który potrzebował chwili, by się rozegrać, stanowili tak bardzo potrzebne wsparcie dla Wlazłego. To pozwoliło mu nieco odetchnąć, by w dwóch ostatnich setach odżyć i na nowo bombardować Brazylijczyków.  

      Przegrywać też trzeba umieć

      Pretensje i niezadowolenie reprezentacji Brazylii o zmianę terminarza, czy hali rozumiem, ale zachowania podczas wtorkowego spotkania już zupełnie nie. Oczywiście Canarinhos nie są przyzwyczajeni do przegrywania ważnych meczów, ale foch na wszystko i wszystkich w związku z porażką po tie-breaku należy uznać za brak profesjonalizmu.

      Obowiązkiem trenera i kapitana (lub innej osoby do tego wyznaczonej) jest stawienie się na konferencji prasowej po meczu. Tymczasem trener Rezende uznał, że nie ma czasu na jakieś rozmowy z dziennikarzami, ponieważ musi przygotowywać zespół do meczu z Rosją, gdyż zostało do niego mniej czasu. Szkoda, że gdy cztery lata temu zadrwił z całego siatkarskiego świata w haniebnym meczu z Bułgarami na mundialu we Włoszech, miał czelność w ogóle pokazać swoją twarz publicznie.

      Nie jestem w stanie pojąć, że drużyna, która wygrała dotąd wszystkie swoje mecze na Mistrzostwach Świata po jednej przegranej naraża się na poważne konsekwencje. Widząc listę osób, która pojawi się na konferencji prasowej dotyczącej zachowania reprezentacji Brazylii, mogą się posypać solidne kary. A winni im są wyłącznie "Kanarkowi". Mają prawo wyrażać swoje niezadowolenie, lecz na pewno nie w taki sposób.

      Test na Volleyland

      W środę Polacy mają dzień przerwy, ale do boju przystępują Rosjanie. Zmierzą się z Brazylijczykami, dla których będzie to mecz o życie. Wobec chęci rewanżu za porażkę sprzed kilku dni ze Spodka, zapowiada się pasjonujące spotkanie. Powstaje jednak fundamentalne pytanie: ile osób przyjdzie na taki mecz do łódzkiej Atlas Areny? Jeśli siatkówka stanowi dla Polaków ważny element życia społecznego, hala powinna wypełnić się przynajmniej w 80-90%. Mamy bowiem do czynienia z siatkarskim szlagierem i to w ramach Mistrzostw Świata. 

      Problem jednak w tym, iż ceny wejściówek na to spotkanie nie są rewelacyjne. Czy kibic, który chce zobaczyć kawałek dobrej siatkówki, będzie w stanie wydać 200 złotych, by obejrzeć mecz bez udziału reprezentacji Polski? O wynikach tego testu przekonamy się już w środowy wieczór.

  • poniedziałek, 15 września 2014
    • Bez emocji? Nie u nas

      Mnóstwo dramatycznych spotkań pełnych dramatycznych zwrotów akcji oraz emocji, a na końcu upragniony awans do najlepszej szóstki - tak wyglądała dla nas II faza grupowa siatkarskich Mistrzostw Świata w Polsce. Podobno poradnie kardiologiczne mają rozgrzane telefony, bo w trakcie każdego meczu kibice dzwonią i proszą o wizyty. A przecież najważniejsze chwile tego turnieju wciąż przed nami.

      Wygrany mecz to trzy wygrane sety, nie dwa i pół

      Po pierwszych dwóch partiach meczu z Iranem, chyba wszyscy byliśmy spokojni o końcowy rezultat. Osobiście uważałem, że jeśli przypilnujemy przeciwników od początku (z czym w poprzednich spotkaniach miewaliśmy problemy), będziemy ich w stanie pokonać. Kamień spadł mi z serca, gdy Mariusz Wlazły od początku wstrzelił się zagrywką i męczył nią podopiecznych Slobodana Kovaca. Nawet Piotr Nowakowski jakby się otrząsnął z kiepskiej dyspozycji i przestał psuć serwisy. Zamiast tego dorzucił kilka punktów ze środka.

      Co stało się w secie numer 3? Nie potrafię dokładnie wytłumaczyć. Prawdopodobnie wybiła nas z rytmu 10-minutowa przerwa, choć przecież już mieliśmy sześciopunktowe prowadzenie (13:7). Prawdopodobnie za szybko uwierzyliśmy, że mecz już się wygrał sam.Tymczasem Persowie znacznie poprawili przyjęcie, a wiatr w żagle złapał ich najlepszy atakujący, Amir Ghafour. Odniosłem wrażenie, że przez pierwszą godzinę reprezentacja Iranu jeszcze się aklimatyzowała w Łodzi. To ważny znak przed starciem z Brazylijczykami.

      Zdemotywowała nas też kontuzja Michała Winiarskiego, choć może nie ona sama w sobie, a sposób, w jaki opuszczał Atlas Arenę. Wyglądało to na coś bardzo poważnego, skoro dwóch członków sztabu musiało mu pomóc przy wychodzeniu. Jednak w jego miejsce pojawił się Mateusz Mika, który przecież w dwóch pierwszych spotkaniach wypadał fatalnie, a do niego właśnie poszło sporo ważnych piłek w czwartym i piątym secie, a on je kończył. Być może on faktycznie lepiej czuje się, gdy nie wychodzi w pierwszej szóstce? Będą jeszcze okazje, by to sprawdzić.

      Czymże jednak byłaby nasza drużyna bez Mariusza Wlazłego! Mamy mnóstwo szczęścia, że w naszej kadrze jest taki lider. Choć momentami monotonne jest, gdy Marek Magiera regularnie powtarza jego nazwisko po udanej akcji polskiego zespołu, zdaję sobie sprawę, że żaden inny atakujący nie sprostałby takiej presji, jaka ciąży na siatkarzu PGE Skry Bełchatów. Nareszcie może dać upust wszystkim emocjom i przerodzić je w atomowe ataki oraz zagrywki, za którymi momentami bardzo tęsknimy. Choć nie zawsze jeszcze jego komunikacja na boisku z Pawłem Zagumnym wygląda jak należy, obaj robią wszystko, aby było jak najlepiej. 

      Muszę się przyznać, że znów w oczy zajrzało mi widmo odpadnięcia z turnieju. Zdawałem sobie sprawę, ze ewentualna porażka z Iranem bardzo skomplikuje nam grupową sytuację. Grę na przewagi w tie-breaku obserwowałem w pozycji klęczącej obok naszych statystyków. Eksplozja radości (i jednocześnie ulgi), jaka potem nastąpiła, była nie do opisania, dlatego ją nakręciłem:

      Magiczne rezerwy reprezentacji Francji

      Gdyby nie pomoc Argentyńczyków, którzy pokonali w Bydgoszczy USA, z Trójkolorowymi gralibyśmy o życie na tym mundialu. Dlatego ciśnienie w niedzielny wieczór było już znacznie niższe, choć Biało-Czerwoni i tak zadbali o to, by nasze serca zabiły zdecydowanie mocniej. Pierwszego seta wygraliśmy dość pewnie, co napawało optymizmem. Drugiego przegraliśmy, lecz po walce, co nie zmąciło mojej wiary w powodzenie.

      Już w drugiej partii trener Laurent Tillie wprowadził kilku siatkarzy z ławki, ale od trzeciej na boisku była już właściwie druga szóstka. Najciekawsze jest to, iż właśnie ci rezerwowi pojawiali się na placu gry tak subtelnie, że przez dobre kilkanaście minut tego nie zauważyłem. Albo inaczej, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tymczasem właśnie ten rzekomo drugi skład sprawiał nam więcej kłopotów niż pierwszy.

      Czy to była magia? Nie potrafię odpowiedzieć. Widziałem na porannym rozruchu Mory Sidibe - drugiego atakującego u Francuzów. Ruszał się dość opornie, jakby jeszcze nie do końca był w pełni zdrów po kontuzji. Tymczasem to właśnie on bombardował nas swoimi atakami niemiłosiernie podczas wieczornego meczu.

      Z kolei po naszej stronie siatki atak rozkładał się na wielu zawodników, co mnie osobiście cieszy, bo dla mnie opcja pt. "zdecydowany lider i reszta" to wariant awaryjny, taki "plan B". W tej analizie pomijam czwartego seta, bo nasz zespół wyglądał, jakby go w ogóle nie było. A Mateusz Mika po raz kolejny pokazał, że gdy wchodzi z ławki rezerwowych, jest znacznie bardziej efektywny niż gdy pojawia się od początku spotkania. Gdy ważyły się losy zwycięstwa, zdobywał punkty nawet z ataków, których pozornie nie miał prawa zakończyć powodzeniem.

      Na sam koniec zostawiam miejsce na pochwały dla Marcina Możdżonka. Nasz środkowy jest w znakomitej formie, a najlepszym tego dowodem są punktowe bloki w decydujących momentach spotkania. Trochę się dziwię, że trener Antiga nie daje mu jeszcze więcej szans do grania, ale tłumaczę to sobie tym, iż być może uważa go za swoistego asa z rękawa (czyt. ławki), który wpuszczony w odpowiednim momencie, może nam uratować mecz. Może to i dobrze, że są tacy gracze w naszym zespole, bo dzięki temu każdy siatkarz w czternastce ma poczucie, że jest ważny i przydatny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 23:01
  • sobota, 13 września 2014
    • Mistrzostwa Świata zaczynają się dopiero teraz

      Wiem, że powyższe stwierdzenie używane jest zbyt często i nie jest już przez to odkrywcze ani błyskotliwe, jednak najtrafniej oddaje sytuację, jaką aktualnie mamy na Mistrzostwach Świata w Polsce i to pod wieloma względami.

      Prawdziwi weryfikatorzy formy

      Włochy, USA, Iran czy Francja to już nie Wenezuela, Australia czy Kamerun. Z takimi przeciwnikami, jak ci, z którymi mierzymy się w II rundzie, nie ma już żartów. Zwycięstwo nad każdym z nich jest niezwykle cenne, a porażka bardzo boli i wywołuje widmo odpadnięcia z tego pięknego turnieju, które zaczyna zaglądać nam w oczy. 

      O tym, że nadal jest sporo elementów do poprawy świadczy środowy mecz z Amerykanami. W całym meczu nasi rywale popełnili aż 36 błędów, czyli średnio w każdym secie oddawali nam aż 9 punktów! Mimo tego mieli znakomitego egzekutora, Matta Andersona, którego często wspierał Taylor Sander. Poza tym w wybornej dyspozycji byli środkowi, ale David Lee przyzwyczaił już nas do pewnego poziomu, poniżej którego nie schodzi. Jednak drugi środkowy bloku w ekipie Johna Sperawa, Max Holt pokazał, że aspiruje do światowej czołówki na tej pozycji.

      A co u nas? Z rzeczy, którymi często straszymy rywali pozostał nam tylko blok, na który niestety nie zawsze możemy liczyć w kluczowych momentach. Lecz największy niepokój wzbudza we mnie nasza zagrywka. Nie chodzi mi o to, abyśmy regularnie punktowali (choć oczywiście byłoby świetnie), ale abyśmy jak najmniej psuli własne serwisy. Wielokrotnie zdarzyło się, iż po długiej, wyczerpującej wymianie zakończonej sukcesem, zawodnik psuł zagrywkę, która wcale mocna nie była.

      Nóż na gardle

      Po przegranej pierwszej partii z Włochami w czwartek, po raz pierwszy dopuściłem do głowy myśl pt. "co by było, gdyby jednak w kadrze na mundial znaleźli się X czy Y". Do tej pory byłem ogromnym zwolennikiem Mateusza Miki w składzie. Uważałem, że jest on w stanie pociągnąć nasz zespół w chwilach krytycznych, jak robił to choćby w meczach Ligi Światowej. Jednak teraz już (przynajmniej na jakiś czas) przestaję stawać w jego obronie. Mam nadzieję, że intensywny trening przyjęcia i obrony, który odbył w piątek przyniesie pozytywne efekty w weekendowych starciach.

      Dziwię się też, dlaczego trener Antiga konsekwentnie wystawia w pierwszej szóstce Piotra Nowakowskiego, który wyraźnie nie może się odnaleźć w łódzkiej Arenie. Bardzo dobrą zmianę w obu dotychczasowych meczach dał mu Marcin Możdżonek. Gdy tylko pojawiał się na boisku, wracał nam blok, z którym Włosi mieli poważne problemy. Uważam, że Piotrkowi potrzeba trochę odpoczynku, a należałoby dać szansę Andrzejowi Wronie.

      W trakcie spotkania z Italią napisałem na twitterze, że potrzeba naszemu zespołowi wstrząsu. Być może nóż, który przylegał do gardła w drugim secie okazał się takim bodźcem dla polskiej reprezentacji. Podejrzewam, że sporą rolę mieli w tym również kibice, gdyż mieli oni na twarzach wypisany strach. Tak dużego ładunku emocjonalnego w meczach Biało-Czerwonych w tym mundialu jeszcze nie było.

      Potrzebowaliśmy lidera i na szczęście w czwartek stał się nim Mariusz Wlazły. W pierwszej fazie przy nerwowych końcówkach pomagał bardzo Michał Winiarski, a w Łodzi pałeczkę przejął Michał Kubiak. Jego charakter bardzo się przydaje, gdy pozostali zawodnicy mają w głowach psychiczne blokady. Oby tylko dopisało mu zdrowie do samego szczęśliwego końca turnieju, a następnie w sezonie klubowym.

      Piłka nadal po naszej stronie

      Wciąż mamy wszystko we własnych rękach. Trzeba jednak pokonać ekipy z czołówki naszej grupy. Myślę, że Iranu już nikt nie lekceważy. Wyniki tej drużyny mówią same za siebie. Martwi mnie tylko to, iż w kilku ostatnich spotkaniach nasi siatkarze mieli problem z wejściem w nie, a w meczu z Persami jest to niezwykle ważna kwestia. Wygrana w sobotę pozwoli z względnym spokojem podejść do batalii z - nieco sensacyjnymi, ale jednak - liderami naszej grupy, Francuzami. 

      Abstrahując od aspektów sportowych, z punktu widzenia kibiców zapowiadają się naprawdę pasjonujące dwa dni rywalizacji. Dopiero teraz zaczynają się prawdziwe Mistrzostwa Świata. Do III fazy awansuje tylko najlepsza szóstka, a więc sporo "wielkich" ekip pożegnamy. My w tej walce wcale nie jesteśmy na pole position. Świadomość, że walczymy na równi z Francją, Iranem, Stanami Zjednoczonymi oraz Serbią i dwie reprezentacje z tej piątki odpadną jest ekscytująca i dramatyczna zarazem. Oby dla nas była tylko ta pierwsza!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      sobota, 13 września 2014 14:49
  • niedziela, 24 sierpnia 2014
    • „Komu się nie podoba, niech …”- recenzja biografii Huberta Jerzego Wagnera

      Pasma sukcesów naszych reprezentacji siatkarskich w XXI wieku powinny zmobilizować kibica do sięgnięcia po książkę, która pomogłaby odtworzyć historię polskiej siatkówki. Taką pozycją na pewno jest „Kat”, czyli biografia Huberta Jerzego Wagnera napisana przez jego syna, Grzegorza oraz znakomitego dziennikarza sportowego, Krzysztofa Mecnera.


      Ci, którzy oglądali film pt."Kat", książkę tę potraktują jeszcze bardziej wyjątkowo, bo podczas czytania będą mieć przed oczami ujęcia z tej produkcji. Ponadto wielokrotnie autorzy odwołują się do niej sięgając m.in. do wypowiedzi słynnego Jurka (jak zwykło się mówić na trenera Wagnera). Jednak kiedy zacznie się czytać tę biografię, będzie się mieć wrażenie, iż jest to scenariusz do wieloczęściowego dokumentu o tytułowym bohaterze, a istniejący "Kat" jest tylko jedną z nich.

      Na problemy rodzinne był wręcz skazany. Skoro jego rodzinna historia pełna jest tragicznych sytuacji i problemów, nie mogły one ominąć także jego samego. Lecz zadziwiające jest, że człowiek, którego przez lata nic nie było w stanie złamać, jednak gdzieś tam w środku wszystko to odczuwa i w pewnej chwili musi dać upust tym negatywnym emocjom. Kat topił je w alkoholu, co miało przełożenie na jego pracę w późniejszych latach.

      Wydarzenia z jego życia opatrzone są komentarzami ludzi, którzy widzieli go na co dzień i byli przez niego (rzadko bo rzadko, ale jednak) chwaleni lub wulgarnie ganieni. Pozwala to osobom, które tak, jak ja, znają Wagnera niestety tylko z opowieści, artykułów i archiwalnych materiałów telewizyjnych odtworzyć jego obraz zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej.

      Gdy już wykreował mi się obraz tego bezapelacyjnie wyjątkowego szkoleniowca, doszedłem do wniosku, że gdyby nie to, iż poprzez mistrzostwo świata i mistrzostwo olimpijskie wypracował sobie ogromny autorytet wśród zawodników, działaczy, dziennikarzy i kibiców, postrzegałbym go za oszołoma idącemu na przekór wszystkiemu tak bardzo, że nie nic nie ma prawa mu się udać. Wielokrotnie ten upór go gubił, ale jednak pozwalał też osiągnąć coś, czego nikt inny w Polsce nie był w stanie.

      Bardzo ważne i cenne są wypowiedzi osób takich, jak Ryszard Bosek, Tomasz Wójtowicz, Ireneusz Mazur, Zbigniew Zarzycki Wojciech Drzyzga, czy Tomasz Swędrowski, ponieważ jest to swoisty punkt zaczepienia tej dzisiejszej siatkówki z czasami „wagnerowskimi”. Młodszym czytelnikom na pewno dzięki temu będzie łatwiej tę książkę pojąć.

      Problem trenera Wagnera polegał jednak na tym, że siatkówka poszła naprzód, a on pozostał w swojej epoce. Metody szkoleniowe, które tak świetnie sprawdzały się w latach 70. nie przynosiły już tak znakomitego efektu dwadzieścia lat później. Są jednak elementy, które się nie zmieniają. Mam tu na myśli atmosferę wewnątrz zespołu na zgrupowaniach, czy obozach, ale poza treningami. Trzeba pamiętać, że sportowcy to nadal są ludzie i potrzebują rozrywek. Zmieniła się tylko forma spędzania wolnego czasu, ale na to już wpływu nie mamy.

      Dla mnie książka ta jest też cenną lekcją historii polskiej siatkówki z lat 80. i 90. Czasy te niespecjalnie miały czym wyróżnić się na tle mistrzostwa świata czy olimpijskiego zdobytego przez kadrę Wagnera nie tylko ze względu na poziom sportowy, ale i przemiany ustrojowe, które miały miejsce w naszym kraju w tamtym czasie.

      Po przeczytaniu biografii Wagnera inaczej będę postrzegał coroczny memoriał jego imienia. Dotąd pojmowałem go przez pryzmat niemal wyłącznie sportowy, jako imprezę przygotowawczą do Mistrzostw Świata, Europy lub Igrzysk Olimpijskich. Tymczasem nie można zapominać, iż turniej ten został stworzony po to, by upamiętnić nazwisko tego człowieka i jego osiągnięcia, gdyż nikt z naszą reprezentacją nie był w stanie dokonać tego, co on.

      Jestem zdania, że „Kata” naprawdę warto przeczytać, ale dopiero wtedy, gdy ma się choćby minimalne pojęcie o tym, co działo się w latach 70. Starsze pokolenie kibiców nie będzie miało z tym problemu, ale młodsze powinno zobaczyć przynajmniej fragmenty meczu finałowego Igrzysk Olimpijskich w Montrealu z 1976 roku i uzupełnić je o „Kata” na ekranie. To wszystko nie musi się podobać, ale ma odtworzyć kawałek autentycznej historii polskiej siatkówki. A z książką jest tak samo, jak było u Huberta Jerzego Wagnera: „komu się nie podoba, niech spierdala”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „„Komu się nie podoba, niech …”- recenzja biografii Huberta Jerzego Wagnera”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 sierpnia 2014 11:33
  • sobota, 09 listopada 2013
    • Zasiewam niepokój: trener gra lepiej od zawodników!

      Wojna była wojną. Ostatecznie wyszli z niej zwycięsko siatkarze PGE Skry Bełchatów, choć mało brakowało, by po końcowym gwizdku w Hali Energia panowała względna cisza zmącona okrzykami radości kilkudziesięcioosobowej grupy sympatyków Asseco Resovii Rzeszów. Sytuację uratował... selekcjoner reprezentacji Polski, Stephane Antiga*.

      Felieton ten miał zaczynać się nieco innymi słowami, jednakże "hit" zastąpiłem "wojną", gdyż dzisiejsze spotkanie "hit" przypominało tylko na papierze i w teorii. Masa błędów, brak emocji w końcówkach i punktowanie seriami niestety - w mojej kategorii - nie klasyfikuje tego typu meczów wysoko pod względem poziomu. Przez to również zabrakło trochę emocji.

      Na to starcie patrzyłem trochę pod kątem ewentualnych powołań do reprezentacji. W końcu skoro nasz trener przebywa na boisku i - jak stwierdziliśmy w TakPoBloku - raczej skupiony jest na własnej grze, ewentualnie jeszcze fragmentami swojej drużyny, pewnie będzie szukał pomysłów na kadrę w innych źródłach. A mówiąc poważnie zaobserwowałem względnie niepokojące zjawisko w zespole prowadzonym przez Miguela Falaskę. 

      MVP meczu i bezdyskusyjnym liderem drużyny został 37-letni Francuz. Tu nie chodzi o to, żeby mu coś wypominać, ale bardziej zmotywować do gry jego kolegów, szczególnie Mariusza Wlazłego, który pomimo zdobycia 20 punktów przez 5 setów, w tym ostatniej piłki tie-breaka, grał na niskim procencie skuteczności. W kluczowych momentach zawodził, i to niejednokrotnie. Śmiem nawet twierdzić, że gdyby zredukował ilość zepsutych zagrywek oraz ataków w aut o połowę, jego drużyna zwyciężyłaby za 3 punkty.

      Odwrotną tendencję dało się zaobserwować u Wojciecha Włodarczyka. On, z kolei, został jednym z bohaterów finałowej odsłony. Można było do niego grać zarówno wtedy, gdy znajdował się w pierwszej linii, jak i wówczas, kiedy zmuszony był do ataku z linii 3. metra. Dobre wejście zanotował również Daniel Pliński. Najpierw zaliczył chwilową, średnio udaną zmianę w 4. secie, ale piątą partię rozegrał w stylu, do jakiego nas przyzwyczaił m.in. gdy jeszcze występował w reprezentacji.

      Pozostali środkowi z Bełchatowa zaprezentowali się zgoła odmiennie. Karol Kłos tym razem nie mógł się odnaleźć, zaś Andrzej Wrona, szczególnie w drugiej i trzeciej odsłonie grał bardzo dobre zawody. Jednakże skoro tak chwalę poszczególnych zawodników Skry, to dlaczego tak długo męczyli się z przeciwnikami?

      Ano dlatego, że po raz kolejny (a dokładnie trzeci) w tym sezonie mają problemy z wejściem w mecz i nie potrafią wygrać premierowego seta. Czy coś wam to przypomina? Tak, to reprezentacja Polski za kadencji trenerów Lozano i Castellaniego. Mariusz Wlazły i Daniel Pliński są symbolicznymi "łącznikami" tych czasów z obecnymi. Może jest szansa, że znów założą koszulki z flagą na piersi w przyszłym roku?

      Wiele na pewno zależeć będzie od Stephana Antigi, który - póki co - koncentruje się na grze. Ponownie trafił do ekipy, w której jest najjaśniejszą postacią. Rozgrywający wie, że na pewniaka każdą piłkę mógłby zagrać właśnie do niego, a on by ją skończył. I właśnie to najbardziej niepokoi mnie w zespole PGE Skry. Dlaczego tak zdecydowanie pałeczkę przejął ultradoświadczony zawodnik, który za moment strój meczowy zamieni na strój trenerski? Chodzi o to, by widoczni byli kandydaci do reprezentacji. Dziś z tym było różnie.

      Na wysokim poziomie grali rozgrywający z obu stron siatki - Nicolas Uriarte i Fabian Drzyzga. Tyle, że ten drugi rzadko dysponował wygodnymi do zagrania piłkami - Achrem, Schoeps i Veres robili co mogli, ale że niewiele mogli, to i niewiele robili.

      Cały mecz wyglądał tak, jak wyglądał, ponieważ drużyny solidarnie oddawały sobie punkty w prezencie. Nie zmienia to jednak faktu, że to gospodarze prezentowali się lepiej. Choć trzeba oddać rzeszowianom, iż wykorzystywali chwile dekoncentracji przeciwników i mogli nawet w ten sposób ugrać więcej niż jeden punkt. Na pewno i Andrzej Kowal i Miguel Falasca (i Stephane Antiga) będą mieć spory materiał do przemyśleń. Wojna okazała się wojną, ale poziom sportowy w batalii PGE Skry z Asseco Resovią niestety nieco się obniżył i to jest niepokojące.

      * - Uważam, iż jesteśmy w tak ciekawej sytuacji, że trzeba korzystać z faktu czynnej gry Stephana Antigi pełniącego już jednocześnie funkcję trenera kadry narodowej i go wyeksponować :)

Kalendarz

Styczeń 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

.Pubsport.pl – wpadnij pogadać o sporcie!

sportnaekranie.pl Ko[...]rnik

Pamiętaj, tak się gra (TV)!

Blogi Sportowe Zobacz mnie na GoldenLine