Prawie jak w studio

Krzysztof Sędzicki o różnych wydarzeniach sportowych. Prognozy, opinie, analizy i felietony - prawie jak w telewizyjnym studio...

IO Londyn 2012

  • niedziela, 02 września 2012
    • Londyński zawód polskich olimpijczyków

      Jeśli twierdzisz, że oglądanie dwóch meczów dziennie z okazji Mistrzostw Europy jest szaleństwem, nie zadawaj się z Igrzyskami Olimpijskimi. To jest dopiero wyzwanie - sportowe emocje od samego rana do późnej nocy przez kilkanaście dni! Tysiące sportowców przyjeżdżających do jednego miasta, setki konkurencji, a cel jeden, niezmienny - złoty medal olimpijski, najcenniejsze trofeum dla prawie każdego sportowca.

      Londyńskie Igrzyska były moimi szóstymi świadome przeżytymi, z czego trzecimi letnimi (niby mam jakieś przebłyski rzutów Kamili Skolimowskiej z Sydney 2000, ale ich nie liczę). Jednak dopiero po raz pierwszy miałem pełen komfort oglądania jej. Dawniej przeszkadzały mi wyjazdy wakacyjne, obozy, różnice czasowe, czy brak transmisji w internecie. Teraz już nic nie stanęło mi na przeszkodzie, żeby przez prawie 3 tygodnie oddać się w pełni magii Igrzysk Olimpijskich. Słowo "magia" w poprzednim zdaniu użyte jest celowo, ponieważ aby się w to wciągnąć, trzeba to poczuć. To nie są zwykłe zawody, to święto, na które czeka się całe cztery lata! Wielu powie nawet, że to sens życia! Trudno mi się z nimi nie zgodzić.

      Skupmy się jednak na tym, co odbywało się w stolicy Wielkiej Brytanii przez kilka dni lipca i połowę sierpnia. My, Polacy, nie zaliczymy tych Igrzysk do udanych. Wiele wskazywało na to, że zdobędziemy wiele medali, tymczasem skończyło się na dziesięciu, co stało się już swego rodzaju klątwą, bo z Aten i Pekinu przywieźliśmy dokładnie tyle samo krążków. Jednak nie było wówczas aż tylu brązowych, a poza tym oczekiwania przed Londynem były większe. Tymczasem ledwie dwa razy usłyszeliśmy Mazurka Dąbrowskiego (na pocieszenie aż dwie zwrotki), zaś praktycznie codziennie doznawaliśmy jakiegoś zawodu. Ale pójdźmy po kolei.

      Zacznę od siatkarzy, bo właśnie zmagania w tej dyscyplinie śledziłem z największym zainteresowaniem. Polacy byli jednymi z naszych największych faworytów do medalu,  ba, po wygranej Lidze Światowej, a także medalom z trzech wielkich imprez w 2011 roku przedstawiało się ich jako kandydatów do złota! W naszym kraju przez sezonowych kibiców i niesportowe media napompowany został balon oczekiwań, który, zanim pękł z hukiem po ćwierćfinale z Rosją, przedziurawił się po porażkach z Bułgarią i Australią. Wielu ekspertów za przyczynę tej porażki podaje nie presję, a po prostu zbyt szybki szczyt formy. Szkoda, że na docelowej imprezie zawiedliśmy, bo na kolejne Igrzyska do Rio poleci już inna kadra, a ta zasługiwała na medal olimpijski. Teraz trzeba się skupić na przyszłorocznych Mistrzostwach Europy i Mundialu za dwa lata, bo obie te imprezy zorganizujemy.

      Drugą "pewną" kandydatką do olimpijskiego podium była Agnieszka Radwańska, ale jej występ na kortach tenisowych okazał się jedną wielką katastrofą. Odpadła już w pierwszej rundzie singla, a później jeszcze w drugiej rundzie debla i pierwszej miksta. Isia totalnie się spaliła po osiągnięciu życiowego sukcesu (miesiąc przed IO doszła do finału Wimbledonu w tym samym miejscu). Dodatkowo po meczu z Julią Goerges powiedziała mediom, że turniej olimpijski wcale nie należy do najważniejszych. Powiedziała prawdę (w przypadku tenisistów bardziej prestiżowy jest Wielki Szlem), wyżyła się, ale nie powinna tego robić jako chorąży polskiej reprezentacji na ceremonii otwarcia.

      Najwięcej krążków  wyłowiliśmy z wody, ale miało być ich jeszcze więcej. Na basenie olimpijskim nie wpadło nic. Eksperci mówią, że świat nam odpłynął po zakazie zakładania kostiumów poliuretanowych. W wiosłach i kajakach było trochę lepiej, ale kilka załóg również złamało serca polskim kibicom, jak choćby kajakarska czwórka kobiet, która w półfinale pobiła rekord świata, a w finale dopłynęła dopiero na 4. miejscu. Lepiej spisali się żeglarze, choć zdobyli "tylko" po brązie.

      Dwa medale przywieźliśmy z pomostu olimpijskiego dzięki dzielnym ciężarowcom - Adrianowi Zielińskiemu i Bartłomiejowi Bonkowi, lecz mogło być ich więcej, gdyby nie kontuzje Arsena Kasabijewa oraz Marcina Dołęgi. Znawcy byli przekonani, że ci dwaj sięgną po medale. Niestety, zatrzymało ich zdrowie.

      Na stadionie lekkoatletycznym również dwa razy widzieliśmy Polaków na podium, choć tu wypadałoby dodać, że są to tylko dwa razy. Klasę pokazali Tomasz Majewski i Anita Włodarczyk, ale poza nimi mało który z naszych reprezentantów zabłysnął, bo wiele minimów olimpijskich było albo przekroczone minimalnie albo osiągnięte rzutem na taśmę (o ile w ogóle).

      Najbardziej szkoda mi jednak polskich badmintonistów - Nadieżdy Zięby i Roberta Mateusiaka oraz siatkarzy plażowych - Grzegorza Fijałka i Mariusza Prudla. Oba te duety były bardzo blisko sensacyjnego wejścia do strefy medalowej, ale niestety okazały się gorsze w końcówkach. Z aren olimpijskich żegnałem ich łamiącym się głosem i kilkoma łzami. Żałuję także 4. lokaty kajakarza górskiego, Mateusza Polaczyka, który udowodnił, że jest wielkim walczakiem, a w finale zabrakło mu przeszło sekundy do podium. Brakowało mi również medalu dla kolarki górskiej, Mai Włoszczowskiej, ale ona kilka dni przed startem przewróciła się na treningu i nawet nie poleciała do Londynu.

      Taki wynik sportowy daje do myślenia władzom i stawia rozmaite pytania o przyszłość. Czy mamy szkolenie na odpowiednim poziomie, aby osiągać więcej? Po co wysyłać aż tylu sportowców, skoro i tak tylko malutki procent z nich przywiozło medale? Mam nadzieję, iż silniejszych bodźców do obudzenia się już nie trzeba, bo niewiele brakuje do tego, by mówić, że gorzej już być nie może...

      Ko[...]rnik_logo

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2012 23:45
  • piątek, 24 sierpnia 2012
    • Siatkarskie podsumowanie Igrzysk w Londynie [cz. 2 - kobiety]

      Moich myśli po Igrzyskach Olimpijskich zebrało się tak wiele, że musiały zostać podzielone na te związane z turniejem mężczyzn i te związane z turniejem kobiet. Należy stwierdzić jasno, iż rywalizacja pań była ciekawsza niż panów. Nawet pomimo tego, że nie zakwalifikowały się Polki dostarczyły wiele emocji.

      Na olimpijskim turnieju w Londynie odświeżyłem swoją sympatię do kobiecej odmiany siatkówki. Oczywiście nie obyło się bez nagłych i niewyjaśnionych zwrotów akcji (patrz: finał), niespodzianek, seryjnie zdobywanych punktów, ale tym razem wszystko to wyszło na dobre. Coraz bardziej zaczynam żałować, że wybrałem oglądanie Euro 2012 zamiast wybrania się do "mojej" Atlas Areny na World Grand Prix siatkarek...

      Przed turniejem oraz w jego trakcie za poważne kandydatki do złota uważałem Amerykanki. O tym, co ostatnio zdobyły pisałem przed ćwierćfinałami. Trener Hugh McCutcheon, który przejął zespół po Igrzyskach w Pekinie, stworzył bardzo silną ekipę, chyba jeszcze lepszą niż tą, która przywiozła ze stolicy Chin srebro. Jednak pod koniec sierpnia zrezygnował z funkcji trenera kadry. Szkoda, bo wydaje mi się, że zdobyłby z nią jeszcze niejeden medal wielkiej imprezy.

      Siatkarki spod Gwieździstego Sztandaru prezentowały w Earls Court równą, skuteczną grę na dobrym poziomie. Na drodze do finału pokonały waleczne Chinki i Koreanki, a także... Brazylijki, ale to wszystko miało miejsce w fazie grupowej. Później zmiotły z parkietu reprezentacje Dominikany i Korei Płd. Chyba wszystko wskazywało na to, że finał także pójdzie po ich myśli.

      No właśnie, "chyba". Chodzi oczywiście o rozkręcające się z meczu na mecz Brazylijki. Początkowo ich gra wyglądała naprawdę źle. Męczyły się do późnej nocy z Turczynkami, dostały lanie od Amerykanek i Koreanek. Podopieczne José Roberto Guimar?esa stanęły pod ścianą i to chyba podziałało na nie motywująco - w trzech setach ograły Chinki i Serbki, dzięki czemu znalazły się w najlepszej ósemce.

      W ćwierćfinale spotkały się z Rosjankami i był to - moim zdaniem - najlepszy mecz tych Igrzysk Olimpijskich. Po jednej stronie niezmordowane Gamova, Shashkova i Goncharova, które zdobyły razem prawie 80 punktów, po drugiej zaś fantastyczne środkowe i do tego dzielna Sheilla, która - jak naisałem na facebooku tuż po meczu - powinna być przez swoje koleżanki wycałowana od stóp do głów! Zwłaszcza w podzięce za zachowanie zimnej krwi podczas walki na przewagi w tie-breaku. Zdecydowanie należała jej się nagroda indywidualna. Jednakże pomimo dużej konkurencji załapała się na najlepiej serwującą.

      Najlepszą punktującą musiała zostać Yeon-Koung Kim, nie było innej możliwości. Gdyby nie ona, to Korea nie znalazłaby się w strefie medalowej. Może to, co napiszę będzie trochę nieprzyjemne, ale brak medalu dla tej reprezentacji to bardzo sprawiedliwy wynik. Nagroda należała się tam tylko jednej zawodniczce. Tytuł najlepszej atakującej przypadł Destinee Hooker. Już po pierwszych dniach turnieju wyraźnie zaznaczałem, że radzi sobie świetnie. Jeśli utrzyma tę wysoką formę w sezonie klubowym, to razem z Thaisą (gdyby przyznawano nagrodę dla najlepszej środkowej, z pewnością ona by ją zgarnęła), Sheillą i Jacqueline w Sollys/Osasco mogą być nie do zatrzymania np. w klubowych MŚ!

      Niespełnione i zapłakane odjeżdżały z Londynu nie tylko Rosjanki, Chinki, ale i Włoszki, które minimalnie przegrały z nimi batalię o pierwsze miejsce w grupie. Jednakże tego, co stało się z nimi w meczu 1/4 z Koreankami nie jestem w stanie wyjaśnić. To jest właśnie "urok" systemu pucharowego - jeden słabszy dzień i odpadasz z gry. Podobnie jak u Brazylijczyków, wiele zawodniczek marzyło o medalu olimpijskim (najlepiej złotym) na koniec kariery. Jednak, w odróżnieniu od Canarinhos, Italia została bez medalu w turnieju siatkówki kobiet. To mógł być ostatni akord takich zawodniczek, jak Simona Gioli, Francesca Piccinini, Antonella Del Core, Paola Croce, czy Eleonora Lo Bianco. Chyba, że będą chciały dotrwać do Mundialu w ojczyźnie za dwa lata. Niemniej jednak kończy tam się pewna era.

      Wspominane Chinki, podobnie jak Rosjanki, odpadły z Igrzysk w ćwierćfinale po zaciętym, pięciosetowym boju. Oglądaliśmy piękny i dramatyczny pokaz siatkówki azjatyckiej z którego zwycięsko wyszły Japonki. Choć dostały łomot od Brazylijek w półfinale, zdołały wywalczyć brąz po meczu z inną ekipą ze swojego kontynentu, Koreą Południową. Za tę wielką walkę medal im się należał. 

      Ogólny wniosek, jaki nasuwa mi się po zakończeniu zmagań siatkatek na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie brzmi: "Świat uciekł Europie". Żaden zespół ze Starego Kontynentu nie załapał się choćby do 1/2 finału. Według mnie to nie przypadek, a po prostu odzwierciedlenie aktualnego układu sił na świecie. No, może Rosjanki dałyby sobie radę w najlepszej czwórce, ale pozostałe reprezentacje niestety odstają.

      Nie żałuję, że polskich siatkarek zabrakło w Londynie, bo nie dałyby sobie rady w starciu z tak świetnie grającymi ekipami. Nasz zespół jest w trakcie przebudowy, a jak powinno się grać na najwyższym poziomie pokazały drużyny takie, jak USA, Brazylia, Rosja, czy Japonia. Do nich jest nam - póki co - dość daleko. 

      Jednakże bardzo emocjonowałem się zawodami w siatkówce kobiet rozgrywanych w Earls Court. Bardzo często komentując spotkanie "ze studia":

      

      musiałem podnosić głos, bo porywały mnie mecze. Może zawiódł finał, ale w ogólnym rozrachunku bardziej czekało się na spotkania kobiet niż mężczyzn. Już w trakcie ceremonii wręczenia medali dla pań zacząłem odczuwać pustkę i tęsknić za meczami. Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu reprezentacyjnego kobiet!   

      Aktualizacja: 25.08.12 godz. 15:15 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Siatkarskie podsumowanie Igrzysk w Londynie [cz. 2 - kobiety]”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2012 23:57
  • piątek, 17 sierpnia 2012
    • Siatkarskie podsumowanie Igrzysk w Londynie [cz. 1 - mężczyźni]

      Tak, jak się spodziewałem, najbardziej spośród wszystkich olimpijskich zmagań interesowały mnie te siatkarskie - zarówno w wykonaniu kobiet, jak i mężczyzn. Skomentowałem kilkanaście meczów, ale obejrzałem łącznie kilkadziesiąt. Dlatego chciałbym teraz podsumować to, co przez ponad dwa tygodnie działo się w Earls Court w Londynie.

      Myślę, że warto zacząć od sprawy najgłośniejszej, czyli od występu reprezentacji Polski siatkarzy. Oczywiście można zawrzeć to w dwóch zdaniach - "Zawiedliśmy." i "Forma przyszła za wcześnie.", ale chyba jest oczywistością, że na tym nie poprzestanę. Jednak nie mogę znaleźć dokładnej przyczyny takiego obrotu spraw. W grę mogą wchodzić zbyt ciężkie treningi, czy też ogólne zmęczenie (od razu po PlusLidze rozpoczął się sezon reprezentacyjny). 

      Zastanawia mnie, dlaczego Andrea Anastasi był tak powściągliwy przy robieniu zmian. Czemu tak mało grali Michał Ruciak, Michał Kubiak i Kuba Jarosz? Czyżby nasz trener zapatrzył się na Franka Smudę podczas Euro 2012? Oj nie, tu się już zagalopowałem. Jednak kiedy przypominam sobie Puchar Świata, to dość szybko na myśl przychodzi mi wymienność naszego składu - gdy nie szło jednemu, od razu pojawiał się drugi. Teraz tego nie było!

      W moim odczuciu poniżej oczekiwań spisali się środkowi (może z wyłączeniem Grzegorza Kosoka), a także Michał Winiarski, który często nie mógł się przełamać. Zupełnie jakby zapomniał, że zamiast mocnego zbicia przed siebie, można spróbować obić ręce rywali, z czym radził sobie znakomicie. Zabrakło tej gry, z której zasłynęliśmy w ostatnich miesiącach - ze skutecznym punktowym blokiem i pięknymi kombinacjami w ataku.

      Na szczęście atmosfera w drużynie pozostała jakby nienaruszona. Oczywiście posadę zachował Andrea Anastasi, który i tak już osiągnął z tą reprezentacją tyle, co mało który szkoleniowiec. Ufa mu PZPS, ufają mu siatkarze, a także kibice, więc złym rozwiązaniem byłaby zmiana selekcjonera. Teraz jest czas na wyciąganie wniosków, aby zapobiec podobnym rezultatom na kolejnych bardzo ważnych imprezach - ME 2013 i MŚ 2014.

      Może i włoskiemu trenerowi udało się wiele osiagnąć, przełamać wiele barier, ale nie przebrnął co najmniej dwóch - nie zdobył z polską reprezentacją medalu olimpijskiego i... nie wygrał z Rosją grającą "na serio". Mecz o brąz na Eurovolleyu 2011 Sborna zagrała, bo musiała. Celem tego zespołu było Mistrzostwo Europy, a po przegranym półfinale z Serbami zaprzestali walki. To był jedyny "nieudany" występ Vladimira Alekhny jako szkoleniowca reprezentacji Rosji od 2011 roku. W pozostałych turniejach (których nie odpuszczał) zgarniał złoto. I to jest naprawdę klasa sama w sobie, trenerski geniusz.

      To, co zrobił w 3. secie finału przejdzie do historii. Wygrał Igrzyska Olimpijskie z trzema środkowymi na boisku! Poza tym, jego zespołowi, jako jedynemu w Londynie, nie wahała się forma. Najpierw rosyjski niedźwiedź rozbudzał się i później pożerał wszystkich, których spotykał na swojej drodze. Także Brazylijczyków w boju o złoto, kiedy wydawało się, że został już upolowany i zatrzymany przez nich. Już go wiązali, już cieszyli się z triumfu, a on uciekł spod noża i ostatecznie pożarł ostatnią ofiarę. Pod moim poprzednim postem Mateusz Minda ze Sportowych Faktów zasugerował, że to może być symboliczne przekazanie pałeczki - po latach dominacji Brazylijczyków nadchodzą czasy Rosji. Również bym tego nie chciał, ale wiele na to wskazuje...

      A Canarinhos nie odkuli się za bolesne srebro z Pekinu. Mało tego, srebrny medal z Londnu boli ich jeszcze bardziej, bo przecież mieli już rywali na widelcu. Nadchodzi tam teraz zmiana pokoleń. Wielu graczy z Gibą i Sergio na czele kończą kariery. Owszem, przyjdą nowi, ale to jest znak, że faktycznie jakaś era dobiegła końca. Niestety, czasu nie oszukamy, ani nie zatrzymamy.

      Brązowy medal przypadł Włochom i jest to kolejny sukces nowej kadry zbudowanej przez Mauro Berutto po przegranym Mundialu w domu. Tu także zobaczyliśmy, jak powinna wyglądać dyspozycja na kilkudniowym turnieju - początek spokojny, wyważony, a później dopiero pokazanie wszystkiego, na co stać. O sukcesie mogą także śmiało mówić Bułgarzy, choć nie zdobyli medalu. Niemniej jednak weszli do czwórki, pomimo tego, iż mało kto na nich akurat stawiał.

      Oprócz nas, zawiedzeni do domu wracają także Amerykanie. Moim zdaniem w swojej grupie zaprezentowali się najlepiej, ale później, w 1/4 natknęli się na koncertowo grających Włochów, którzy nie pozwolili im nawet ugrać seta. Tutaj wytłumaczeniem mogłoby być złe rozłożenie sił na turniej. Co prawda mieli bardzo trudnych rywali na początku, lecz nie trzeba było przecież wygrywać z nimi za wszelką cenę, żeby grać dalej. Ten jeden gorszy mecz przytrafił im się w ćwierćfinale i oznaczał koniec Igrzysk.

      Najwięcej emocji miało miejsce w meczach grupowych i finale. W fazie pucharowej niestety ich zabrakło - na 8 meczów, aż 5 zakończyło się w trzech partiach. Wszystkie ćwierćfinały miały taki właśnie przebieg. Sądzę, iż mecz o złoto wynagrodził nam trochę to, co oglądaliśmy w ćwierćfinałach i półfinałach. Ogólnie nie był to jakiś absolutnie niesamowity turniej, ale na nudę narzekać też nie można było. Działo się przecież od samego rana do późnej nocy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Siatkarskie podsumowanie Igrzysk w Londynie [cz. 1 - mężczyźni]”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      piątek, 17 sierpnia 2012 23:57
  • wtorek, 14 sierpnia 2012
    • Majstersztyk Alekhny

      Reprezentanci Rosji zdobyli Mistrzostwo Olimpijskie w siatkówce. Po długim pięciosetowym boku pokonali Brazylijczyków 3:2, choć ich rywale mieli już piłki meczowe w trzecim secie. Brązowe medale wywalczyli Włosi po pokonaniu Bułgarów.

      Podobnie jak przy podsumowaniu meczów pań, zacznę od spotkania o 3. miejsce. Nie zabrakło w nim walki, efektownych ataków i bloków, ale niestety również błędów. Widowisko mogło przyprawić o emocje ale bardziej za sprawą sporej ilości punktów oddawanych sobie wzajemnie, a nie dobrej gry obu zespołów. Zwycięsko wyszli z tej batalii podopieczni Mauro Berrutto, ale głównie dzięki jednemu siatkarzowi - Cristianowi Savaniemu. W ataku zdobył 12 punktów, a prawie drugie tyle dołożył po zagrywce lub bloku. 

      Przez pierwszą godzinę gry problem był drugim przyjmującym, Michałem Łasko. Już sądziłem, że zapisze kolejne średnie zawody na swoim koncie, ale przegrany drugi set podziałał na niego motywująco i pomógł Savaniemu poprowadzić drużynę do brązu. Swoje dorzucił również Simone Parodi, który musiał wejść na plac gry i ratować pozycję atakującego, bo Ivan Zaytsev wyglądał na niewyspanego w niedzielny poranek.

      Wprawdzie Bułgarzy lepiej od rywali wypadali pod siatką, szczególnie jeśli chodzi o środek, to nienajlepiej pracowały skrzydła. Tsvetan Sokolov - główna armata w armii Naydena Naydenova na Igrzyska - spisał się poniżej oczekiwań i musiał część meczu przesiedzieć na ławce. Ustąpił miejsca doświadczonemu Vladimirowi Nikolovowi, który potrafił poderwać swój zespół do boju kilkoma dobrymi akcjami. Oprócz tego trudno im się przyjmowało bomby przeciwnikow, szczególnie wymienianego dwa akapity wyżej Savaniego.

      Przyczyny porażki reprezentacji Bułgarii doszukiwałbym się w trzecim secie, w którym dwa razy szybko tracili kilkupunktowe przewagi. W pewnej chwili następował przestój i fragment przegrany 1:5. To samo stało się w końcówce czwartej i, jak się okazało, ostatniej partii meczu. Brak odpowiednio dysponowanego Sokolova, albo - idąc dalej - utęsknionego Mateya Kaziyskiego dał o sobie znać. Niemniej jednak podkreślam raz jeszcze, że to dobry występ tej reprezentacji jak na jej możliwości. Poza tym, przecież sami byśmy chcieli pokonać Niemców w 1/4 i bić się o medale...

      ---

      Prawdziwy dreszczowiec miał miejsce w finale. Kiedy na tablicy wyników widniał wynik 2:0 w setach dla Brazylijczyków, przestraszyłem się, że moja zapowiedź o niemożności powtórki wyniku z grupy okaże się kompletną bzdurą. "To niesamowite!" - myślałem - "Oni są w ogóle nieosiągalni dla tych Rusków!".

      W pierwszym i drugim secie Brazylijczykom wychodziło wszystko, a Rosjanom nic. Szaleli Wallace, Murilo, Sidao, a walkę nawiązywał tylko Sergei Tetyukhin. Mikhailov był bezbarwny, Volkov nie mógł się przebić, Muserskiemu niby się udawało, ale tylko trochę. Wszystko zmierzało do szczęśliwego dla Canarinhos końca, już miałem żałować, że finał pozbawiony emocji, aż nagle nadszedł trzeci set.

      Nareszcie doczekaliśmy się partii godnej meczu finałowego. Trener Vladimir Alekhno postawił wszystko na jedną kartę wychodząc na boisko z trzema nominalnymi środkowymi, przy czym Dimiriy Muserskiy pełnił rolę... atakującego. Rosyjski wielkolud poczuł się świetnie na nowej pozycji i zaczął punktować. Był bardzo trudny do zatrzymania blokiem. Brazylijczycy nie uciekli na więcej niż 3 punkty, ale za to mieli już złoto na wyciągnięcie ręki. Prowadzili 22:19. Wtedy o sobie dała znać dwójka Tetyukhin - Muserskiy doprowadzając do remisu. Wytrzymali ciśnienie do końca, nie wstrzymywali ręki nawet pomimo dwóch piłek meczowych dla przeciwników. To była fantastyczna, a jednocześnie dramatyczna końcówka.

      Po niej Rosjanie uwierzyli, że mogą coś jeszcze ugrać. Przebudzili się Mikhailov i Apalikov, a Tetyukhin i Muserskiy kontynuowali to, co szło im świetnie. Już w połowie seta wszystko zmierzało do tie-breaka. Trener Rezende zaczął się naprawdę denerwować, bo wprowadził na boisko wielkiego Gibę. Ale legenda brazylijskiej i światowej siatkówki została wręcz zmieciona z parkietu przez rozpędzoną ekipę Sbornej. Według mnie ten manewr był bez sensu. Gilberto Godoy to człowiek, który do Londynu pojecha bardziej jako ojciec, przyjaciel zespołu, a nie jako zawodnik. Przedłużył swoją karierę tylko po to, ażeby z Igrzysk przywieźć jeszcze jedno złoto. Nie udało się...

      A to dlatego, że Canarinhos w piątym secie wyglądali na podłamanych. Zostali zdemolowani w sposób wybitnie bolesny. Lecz winić mogą tylko i wyłącznie siebie, za ten trzeci set. Znów sprawdziło się słynne siatkarskie porzekadło. Można jednak też dopowiedzieć do tego inne, takie bardziej życiowe - o sprawiedliwości, której staje się zadość. Pamiętacie ćwierćfinał turnieju siatkarek? Tak, Rosja - Brazylia. Sborna nie wykorzystała sześciu z rzędu piłek meczowych w piątym secie i, w związku z tym, przegrała całe spotkanie.

      Jeśli w turnieju olimpijskim nie mieli triumfować Polacy, to słusznie, że zrobili to Rosjanie. Od początku do końca wysoka forma z jednym wypadkiem przy pracy. Bohaterem finału oczywiście Dimitry Muserskiy, ale bohaterem całych Igrzysk jest Vladimir Alekhno. Po raz kolejny potwierdził swój trenerski geniusz, nie bał się zaryzykować. Bardzo umiejętnie wykorzystał dwunastkę, którą zabrał do Londynu. Jestem naprawdę pełen podziwu dla niego.

      Brazylijczycy zaś pozostają niespełnieni. Mieli się odkuć za pekińskie srebro. Bardzo niewiele wskazywało na to, że zdobędą jakikolwiek medal. Kończy się tam pewna era, ale myślę, że o tym jeszcze będzie szansa napisać.

      To był jeden z najpiękniejszych finałów olimpijskich. Z pewnością zapamiętam go na długo. Jako fan siatkówki przeżyłem wspaniałe emocje nawet pomimo braku Biało-Czerwonych w półfinale. Dla mnie te Igrzyska trwały dalej i dalej... i aż szkoda mi było się z nimi żegnać. Być może pokuszę się jeszcze o siatkarskie podsumowanie londyńskich zmagań, ale to zależy od tego, czy się zbiorę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Majstersztyk Alekhny”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 sierpnia 2012 02:33
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2012
    • Ależ się one pięknie cieszyły!

      Mowa o Brazylijkach, które zostały Mistrzyniami Olimpijskimi w siatkówce. Moim zdaniem jest to jednak niespodziewane roztrzygnięcie, gdyż stawiałem, że złoto przypadnie Amerykankom. Na najniższy stopień podium wskoczyły Japonki, które w wewnątrzazjatyckim pojedynku o brąz pokonały Koreanki.

      Myślę, że aby zachować hierarchię ważności meczów, warto zbudować napięcie od spotkania o 3. miejsce, bo było ono emocjonujące. Reprezentantki Japonii wygrały w trzech setach, ale w każdym z nich oglądaliśmy dużo walki po obu stronach. Mecz mógł więc zakończyć się zupełnie innym rezultatem. Chwilami zastanawiałem się, czy jest to walka Japonii z Koreą, czy Saori Sakody z Yeon-Koung Kim. Obie te siatkarki zdobyły po dwa razy więcej punktów niż drugie najlepsze punktujące w ich zespołach.

      Co ciekawe, można się było spodziewać, że główną rolę po japońskiej stronie siatki odgrywać będzie Saori, ale... Kimura. Tak przynajmniej wynikało z przebiegu poprzednich meczów. W sobotę ponękała trochę rywalki zagrywką, ale parokrotnie również została zatrzymana na siatce i Yoshie Takeshita musiała szukać innego rozwiązania na rozegraniu. Grała więc piłkę na drugą stronę - do Risy Shinnabe (ale ją też czasem udawało się zatrzymać) lub do wspominanej najskuteczniejszej Sakody.

      Po drugiej stronie Yeon-Koung Kim (tradycyjnie zresztą) miała bardzo dużo pracy, gdyż atakowała ze wszystich możliwych pozycji z wyjątkiem środka. W sumie i tak nie zdziwiłbym się, gdyby dostała kilka takich piłek. Siłą Koreanek był też serwis, ale Japonki są znane z tego, że świetnie grają w obronie, więc nie dawało to aż tak wielu punktów, jak można było się spodziewać.

      Statystyką, która od razu przykuła moją uwagę, był blok. Podopieczne Masayoshiego Manabe nie zdobyły ani jednego punktu po tym elemencie! Za to Koreanki dzięki niemu odrabiały kilkupunktowe straty w każdym z setów. W ten sposób doprowadzały do zaciętych i interesujących końcówek. 

      To, co charakteryzowało obie ekipy, to dobry procent przyjęcia, ale kiepski ataku. Być może stąd wzięła się zaciętość tego pojedynku. Zwycięsko wyszły z niego zawodniczki z Kraju Kwitnącej Wiśni, dla których to kolejny wielki sukces na przestrzeni niespełna dwóch lat. W listopadzie 2010 w MŚ także zdobyły brązowy medal, lecz wielu zarzucało im to, że wywalczyły go w domu. Teraz już wymówki nie było - pokonały przecież Koreanki, a wcześniej Chinki, czyli nie byle jakie ekipy. 

      ---

      W finale doszło do powtórki z Pekinu. Nie tylko za sprawą uczestniczących reprezentacji, ale również wyniku, jakim zakończył się mecz. Początkowo niewiele wskazywało na taki przebieg spotkania. Brazylijki źle weszły w mecz - Thaisa mylila się ze środka, Sheila w ataku, a Jaque była zupełnie jakby nieobecna. Amerykanki za to prezentowały dobrą, silną zagrywkę i skutecznie blokowały. Chwilami przypominało to grę reprezentacji męskiej.

      Już miały ziścić się słowa trenera Hugh McCutcheona, który przed turniejem powiedział (przypominając nieco Huberta Wagnera):

      "Interesuje mnie wyłącznie mistrzostwo olimpijskie. Nie przyjechalem tutaj po 3., czy 4. miejsce."

      Ale w drugim secie rozkręciły się rywalki. Wszystko to, co napisałem w pierwszym akapicie części przeznaczonej na finał odwróciło się o 180 stopni. Canarinhos jakby puściły w niepamięć pierwszą, kompletnie nieudaną partię. W tym momencie miało rozpocząć się widowisko, ale jakaś niemoc wkradała się w szeregi triumfatorek trzech ostatnich edycji World Grand Prix. Robiła, co mogła Logan Tom, ale siła reprezentacji spod Gwieździstego Sztandaru nie powinna opierać się tylko na niej. W porównaniu do tego, co oglądaliśmy wcześniej, słabsze zawody przytrafiły się Destinee Hooker - mojej ulubionej atakującej. Owszem, miewała lepsze momenty, ale przeplatała je gorszymi, co zdarzało się jej w Londynie rzadko.

      Podopieczne José Roberto Guimarãesa z każdą udaną akcją nakręcały się na kolejne. Cieszyły się niesamowicie z każdego wywalczonego punktu. Miło było oglądać uśmiechnięte zawodniczki. Przez wzgląd na to, co pokazały w finale, należy stwierdzić, że zasłużenie wywalczyły złote krążki. Jeśli zapomnimy o pierwszej partii, to można powiedzieć, że spotkanie rozegrały koncertowo w każdym elemencie.

      Z drugiej strony szkoda mi Amerykanek. Trzeci rok z rzędu wygrały Grand Prix, ale na najważniejszej imprezie sezonu nie osiągnęły celu. Londyńsie srebro z czasem nabierze jeszcze wartości dla zawodniczek, ale sam przecież uważałem, że to własnie one wygrają zawody olimpijskie. W całych grały naprawdę kapitalnie, zaś w drugim secie finału stało się z nimi coś dziwnego. Zeszły ze swojego poziomu. Ciężko nawet powiedzieć o podjęciu walki, skoro nie przekroczyły bariery 20 punktów w żadnej z przegranych odsłon.

      Dlatego właśnie trochę mi zabrakło emocji w batalii o złoto. W takich sytuacjach mówi się o pięknie albo o brutalności sportu - w drodze do finału można rozegrać mecze byle jak, aby tylko awansować. Chodzi o to, żeby zwyciężyć w tym decydującym meczu, meczu czterolecia. To uczyniły Brazylijki, które z grupy wyszły z czwartego miejsca, a ostatecznie obroniły Mistrzostwo Olimpijskie, z którego cieszyły się pięknie, jak mało kto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ależ się one pięknie cieszyły!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2012 13:03

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

.Pubsport.pl – wpadnij pogadać o sporcie!

sportnaekranie.pl Ko[...]rnik

Pamiętaj, tak się gra (TV)!

Blogi Sportowe Zobacz mnie na GoldenLine