Prawie jak w studio

Krzysztof Sędzicki o różnych wydarzeniach sportowych. Prognozy, opinie, analizy i felietony - prawie jak w telewizyjnym studio...

Wpisy

  • poniedziałek, 15 września 2014
    • Bez emocji? Nie u nas

      Mnóstwo dramatycznych spotkań pełnych dramatycznych zwrotów akcji oraz emocji, a na końcu upragniony awans do najlepszej szóstki - tak wyglądała dla nas II faza grupowa siatkarskich Mistrzostw Świata w Polsce. Podobno poradnie kardiologiczne mają rozgrzane telefony, bo w trakcie każdego meczu kibice dzwonią i proszą o wizyty. A przecież najważniejsze chwile tego turnieju wciąż przed nami.

      Wygrany mecz to trzy wygrane sety, nie dwa i pół

      Po pierwszych dwóch partiach meczu z Iranem, chyba wszyscy byliśmy spokojni o końcowy rezultat. Osobiście uważałem, że jeśli przypilnujemy przeciwników od początku (z czym w poprzednich spotkaniach miewaliśmy problemy), będziemy ich w stanie pokonać. Kamień spadł mi z serca, gdy Mariusz Wlazły od początku wstrzelił się zagrywką i męczył nią podopiecznych Slobodana Kovaca. Nawet Piotr Nowakowski jakby się otrząsnął z kiepskiej dyspozycji i przestał psuć serwisy. Zamiast tego dorzucił kilka punktów ze środka.

      Co stało się w secie numer 3? Nie potrafię dokładnie wytłumaczyć. Prawdopodobnie wybiła nas z rytmu 10-minutowa przerwa, choć przecież już mieliśmy sześciopunktowe prowadzenie (13:7). Prawdopodobnie za szybko uwierzyliśmy, że mecz już się wygrał sam.Tymczasem Persowie znacznie poprawili przyjęcie, a wiatr w żagle złapał ich najlepszy atakujący, Amir Ghafour. Odniosłem wrażenie, że przez pierwszą godzinę reprezentacja Iranu jeszcze się aklimatyzowała w Łodzi. To ważny znak przed starciem z Brazylijczykami.

      Zdemotywowała nas też kontuzja Michała Winiarskiego, choć może nie ona sama w sobie, a sposób, w jaki opuszczał Atlas Arenę. Wyglądało to na coś bardzo poważnego, skoro dwóch członków sztabu musiało mu pomóc przy wychodzeniu. Jednak w jego miejsce pojawił się Mateusz Mika, który przecież w dwóch pierwszych spotkaniach wypadał fatalnie, a do niego właśnie poszło sporo ważnych piłek w czwartym i piątym secie, a on je kończył. Być może on faktycznie lepiej czuje się, gdy nie wychodzi w pierwszej szóstce? Będą jeszcze okazje, by to sprawdzić.

      Czymże jednak byłaby nasza drużyna bez Mariusza Wlazłego! Mamy mnóstwo szczęścia, że w naszej kadrze jest taki lider. Choć momentami monotonne jest, gdy Marek Magiera regularnie powtarza jego nazwisko po udanej akcji polskiego zespołu, zdaję sobie sprawę, że żaden inny atakujący nie sprostałby takiej presji, jaka ciąży na siatkarzu PGE Skry Bełchatów. Nareszcie może dać upust wszystkim emocjom i przerodzić je w atomowe ataki oraz zagrywki, za którymi momentami bardzo tęsknimy. Choć nie zawsze jeszcze jego komunikacja na boisku z Pawłem Zagumnym wygląda jak należy, obaj robią wszystko, aby było jak najlepiej. 

      Muszę się przyznać, że znów w oczy zajrzało mi widmo odpadnięcia z turnieju. Zdawałem sobie sprawę, ze ewentualna porażka z Iranem bardzo skomplikuje nam grupową sytuację. Grę na przewagi w tie-breaku obserwowałem w pozycji klęczącej obok naszych statystyków. Eksplozja radości (i jednocześnie ulgi), jaka potem nastąpiła, była nie do opisania, dlatego ją nakręciłem:

      Magiczne rezerwy reprezentacji Francji

      Gdyby nie pomoc Argentyńczyków, którzy pokonali w Bydgoszczy USA, z Trójkolorowymi gralibyśmy o życie na tym mundialu. Dlatego ciśnienie w niedzielny wieczór było już znacznie niższe, choć Biało-Czerwoni i tak zadbali o to, by nasze serca zabiły zdecydowanie mocniej. Pierwszego seta wygraliśmy dość pewnie, co napawało optymizmem. Drugiego przegraliśmy, lecz po walce, co nie zmąciło mojej wiary w powodzenie.

      Już w drugiej partii trener Laurent Tillie wprowadził kilku siatkarzy z ławki, ale od trzeciej na boisku była już właściwie druga szóstka. Najciekawsze jest to, iż właśnie ci rezerwowi pojawiali się na placu gry tak subtelnie, że przez dobre kilkanaście minut tego nie zauważyłem. Albo inaczej, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tymczasem właśnie ten rzekomo drugi skład sprawiał nam więcej kłopotów niż pierwszy.

      Czy to była magia? Nie potrafię odpowiedzieć. Widziałem na porannym rozruchu Mory Sidibe - drugiego atakującego u Francuzów. Ruszał się dość opornie, jakby jeszcze nie do końca był w pełni zdrów po kontuzji. Tymczasem to właśnie on bombardował nas swoimi atakami niemiłosiernie podczas wieczornego meczu.

      Z kolei po naszej stronie siatki atak rozkładał się na wielu zawodników, co mnie osobiście cieszy, bo dla mnie opcja pt. "zdecydowany lider i reszta" to wariant awaryjny, taki "plan B". W tej analizie pomijam czwartego seta, bo nasz zespół wyglądał, jakby go w ogóle nie było. A Mateusz Mika po raz kolejny pokazał, że gdy wchodzi z ławki rezerwowych, jest znacznie bardziej efektywny niż gdy pojawia się od początku spotkania. Gdy ważyły się losy zwycięstwa, zdobywał punkty nawet z ataków, których pozornie nie miał prawa zakończyć powodzeniem.

      Na sam koniec zostawiam miejsce na pochwały dla Marcina Możdżonka. Nasz środkowy jest w znakomitej formie, a najlepszym tego dowodem są punktowe bloki w decydujących momentach spotkania. Trochę się dziwię, że trener Antiga nie daje mu jeszcze więcej szans do grania, ale tłumaczę to sobie tym, iż być może uważa go za swoistego asa z rękawa (czyt. ławki), który wpuszczony w odpowiednim momencie, może nam uratować mecz. Może to i dobrze, że są tacy gracze w naszym zespole, bo dzięki temu każdy siatkarz w czternastce ma poczucie, że jest ważny i przydatny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 23:01
  • sobota, 13 września 2014
    • Mistrzostwa Świata zaczynają się dopiero teraz

      Wiem, że powyższe stwierdzenie używane jest zbyt często i nie jest już przez to odkrywcze ani błyskotliwe, jednak najtrafniej oddaje sytuację, jaką aktualnie mamy na Mistrzostwach Świata w Polsce i to pod wieloma względami.

      Prawdziwi weryfikatorzy formy

      Włochy, USA, Iran czy Francja to już nie Wenezuela, Australia czy Kamerun. Z takimi przeciwnikami, jak ci, z którymi mierzymy się w II rundzie, nie ma już żartów. Zwycięstwo nad każdym z nich jest niezwykle cenne, a porażka bardzo boli i wywołuje widmo odpadnięcia z tego pięknego turnieju, które zaczyna zaglądać nam w oczy. 

      O tym, że nadal jest sporo elementów do poprawy świadczy środowy mecz z Amerykanami. W całym meczu nasi rywale popełnili aż 36 błędów, czyli średnio w każdym secie oddawali nam aż 9 punktów! Mimo tego mieli znakomitego egzekutora, Matta Andersona, którego często wspierał Taylor Sander. Poza tym w wybornej dyspozycji byli środkowi, ale David Lee przyzwyczaił już nas do pewnego poziomu, poniżej którego nie schodzi. Jednak drugi środkowy bloku w ekipie Johna Sperawa, Max Holt pokazał, że aspiruje do światowej czołówki na tej pozycji.

      A co u nas? Z rzeczy, którymi często straszymy rywali pozostał nam tylko blok, na który niestety nie zawsze możemy liczyć w kluczowych momentach. Lecz największy niepokój wzbudza we mnie nasza zagrywka. Nie chodzi mi o to, abyśmy regularnie punktowali (choć oczywiście byłoby świetnie), ale abyśmy jak najmniej psuli własne serwisy. Wielokrotnie zdarzyło się, iż po długiej, wyczerpującej wymianie zakończonej sukcesem, zawodnik psuł zagrywkę, która wcale mocna nie była.

      Nóż na gardle

      Po przegranej pierwszej partii z Włochami w czwartek, po raz pierwszy dopuściłem do głowy myśl pt. "co by było, gdyby jednak w kadrze na mundial znaleźli się X czy Y". Do tej pory byłem ogromnym zwolennikiem Mateusza Miki w składzie. Uważałem, że jest on w stanie pociągnąć nasz zespół w chwilach krytycznych, jak robił to choćby w meczach Ligi Światowej. Jednak teraz już (przynajmniej na jakiś czas) przestaję stawać w jego obronie. Mam nadzieję, że intensywny trening przyjęcia i obrony, który odbył w piątek przyniesie pozytywne efekty w weekendowych starciach.

      Dziwię się też, dlaczego trener Antiga konsekwentnie wystawia w pierwszej szóstce Piotra Nowakowskiego, który wyraźnie nie może się odnaleźć w łódzkiej Arenie. Bardzo dobrą zmianę w obu dotychczasowych meczach dał mu Marcin Możdżonek. Gdy tylko pojawiał się na boisku, wracał nam blok, z którym Włosi mieli poważne problemy. Uważam, że Piotrkowi potrzeba trochę odpoczynku, a należałoby dać szansę Andrzejowi Wronie.

      W trakcie spotkania z Italią napisałem na twitterze, że potrzeba naszemu zespołowi wstrząsu. Być może nóż, który przylegał do gardła w drugim secie okazał się takim bodźcem dla polskiej reprezentacji. Podejrzewam, że sporą rolę mieli w tym również kibice, gdyż mieli oni na twarzach wypisany strach. Tak dużego ładunku emocjonalnego w meczach Biało-Czerwonych w tym mundialu jeszcze nie było.

      Potrzebowaliśmy lidera i na szczęście w czwartek stał się nim Mariusz Wlazły. W pierwszej fazie przy nerwowych końcówkach pomagał bardzo Michał Winiarski, a w Łodzi pałeczkę przejął Michał Kubiak. Jego charakter bardzo się przydaje, gdy pozostali zawodnicy mają w głowach psychiczne blokady. Oby tylko dopisało mu zdrowie do samego szczęśliwego końca turnieju, a następnie w sezonie klubowym.

      Piłka nadal po naszej stronie

      Wciąż mamy wszystko we własnych rękach. Trzeba jednak pokonać ekipy z czołówki naszej grupy. Myślę, że Iranu już nikt nie lekceważy. Wyniki tej drużyny mówią same za siebie. Martwi mnie tylko to, iż w kilku ostatnich spotkaniach nasi siatkarze mieli problem z wejściem w nie, a w meczu z Persami jest to niezwykle ważna kwestia. Wygrana w sobotę pozwoli z względnym spokojem podejść do batalii z - nieco sensacyjnymi, ale jednak - liderami naszej grupy, Francuzami. 

      Abstrahując od aspektów sportowych, z punktu widzenia kibiców zapowiadają się naprawdę pasjonujące dwa dni rywalizacji. Dopiero teraz zaczynają się prawdziwe Mistrzostwa Świata. Do III fazy awansuje tylko najlepsza szóstka, a więc sporo "wielkich" ekip pożegnamy. My w tej walce wcale nie jesteśmy na pole position. Świadomość, że walczymy na równi z Francją, Iranem, Stanami Zjednoczonymi oraz Serbią i dwie reprezentacje z tej piątki odpadną jest ekscytująca i dramatyczna zarazem. Oby dla nas była tylko ta pierwsza!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      sobota, 13 września 2014 14:49
  • niedziela, 24 sierpnia 2014
    • „Komu się nie podoba, niech …”- recenzja biografii Huberta Jerzego Wagnera

      Pasma sukcesów naszych reprezentacji siatkarskich w XXI wieku powinny zmobilizować kibica do sięgnięcia po książkę, która pomogłaby odtworzyć historię polskiej siatkówki. Taką pozycją na pewno jest „Kat”, czyli biografia Huberta Jerzego Wagnera napisana przez jego syna, Grzegorza oraz znakomitego dziennikarza sportowego, Krzysztofa Mecnera.


      Ci, którzy oglądali film pt."Kat", książkę tę potraktują jeszcze bardziej wyjątkowo, bo podczas czytania będą mieć przed oczami ujęcia z tej produkcji. Ponadto wielokrotnie autorzy odwołują się do niej sięgając m.in. do wypowiedzi słynnego Jurka (jak zwykło się mówić na trenera Wagnera). Jednak kiedy zacznie się czytać tę biografię, będzie się mieć wrażenie, iż jest to scenariusz do wieloczęściowego dokumentu o tytułowym bohaterze, a istniejący "Kat" jest tylko jedną z nich.

      Na problemy rodzinne był wręcz skazany. Skoro jego rodzinna historia pełna jest tragicznych sytuacji i problemów, nie mogły one ominąć także jego samego. Lecz zadziwiające jest, że człowiek, którego przez lata nic nie było w stanie złamać, jednak gdzieś tam w środku wszystko to odczuwa i w pewnej chwili musi dać upust tym negatywnym emocjom. Kat topił je w alkoholu, co miało przełożenie na jego pracę w późniejszych latach.

      Wydarzenia z jego życia opatrzone są komentarzami ludzi, którzy widzieli go na co dzień i byli przez niego (rzadko bo rzadko, ale jednak) chwaleni lub wulgarnie ganieni. Pozwala to osobom, które tak, jak ja, znają Wagnera niestety tylko z opowieści, artykułów i archiwalnych materiałów telewizyjnych odtworzyć jego obraz zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej.

      Gdy już wykreował mi się obraz tego bezapelacyjnie wyjątkowego szkoleniowca, doszedłem do wniosku, że gdyby nie to, iż poprzez mistrzostwo świata i mistrzostwo olimpijskie wypracował sobie ogromny autorytet wśród zawodników, działaczy, dziennikarzy i kibiców, postrzegałbym go za oszołoma idącemu na przekór wszystkiemu tak bardzo, że nie nic nie ma prawa mu się udać. Wielokrotnie ten upór go gubił, ale jednak pozwalał też osiągnąć coś, czego nikt inny w Polsce nie był w stanie.

      Bardzo ważne i cenne są wypowiedzi osób takich, jak Ryszard Bosek, Tomasz Wójtowicz, Ireneusz Mazur, Zbigniew Zarzycki Wojciech Drzyzga, czy Tomasz Swędrowski, ponieważ jest to swoisty punkt zaczepienia tej dzisiejszej siatkówki z czasami „wagnerowskimi”. Młodszym czytelnikom na pewno dzięki temu będzie łatwiej tę książkę pojąć.

      Problem trenera Wagnera polegał jednak na tym, że siatkówka poszła naprzód, a on pozostał w swojej epoce. Metody szkoleniowe, które tak świetnie sprawdzały się w latach 70. nie przynosiły już tak znakomitego efektu dwadzieścia lat później. Są jednak elementy, które się nie zmieniają. Mam tu na myśli atmosferę wewnątrz zespołu na zgrupowaniach, czy obozach, ale poza treningami. Trzeba pamiętać, że sportowcy to nadal są ludzie i potrzebują rozrywek. Zmieniła się tylko forma spędzania wolnego czasu, ale na to już wpływu nie mamy.

      Dla mnie książka ta jest też cenną lekcją historii polskiej siatkówki z lat 80. i 90. Czasy te niespecjalnie miały czym wyróżnić się na tle mistrzostwa świata czy olimpijskiego zdobytego przez kadrę Wagnera nie tylko ze względu na poziom sportowy, ale i przemiany ustrojowe, które miały miejsce w naszym kraju w tamtym czasie.

      Po przeczytaniu biografii Wagnera inaczej będę postrzegał coroczny memoriał jego imienia. Dotąd pojmowałem go przez pryzmat niemal wyłącznie sportowy, jako imprezę przygotowawczą do Mistrzostw Świata, Europy lub Igrzysk Olimpijskich. Tymczasem nie można zapominać, iż turniej ten został stworzony po to, by upamiętnić nazwisko tego człowieka i jego osiągnięcia, gdyż nikt z naszą reprezentacją nie był w stanie dokonać tego, co on.

      Jestem zdania, że „Kata” naprawdę warto przeczytać, ale dopiero wtedy, gdy ma się choćby minimalne pojęcie o tym, co działo się w latach 70. Starsze pokolenie kibiców nie będzie miało z tym problemu, ale młodsze powinno zobaczyć przynajmniej fragmenty meczu finałowego Igrzysk Olimpijskich w Montrealu z 1976 roku i uzupełnić je o „Kata” na ekranie. To wszystko nie musi się podobać, ale ma odtworzyć kawałek autentycznej historii polskiej siatkówki. A z książką jest tak samo, jak było u Huberta Jerzego Wagnera: „komu się nie podoba, niech spierdala”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „„Komu się nie podoba, niech …”- recenzja biografii Huberta Jerzego Wagnera”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 sierpnia 2014 11:33
  • piątek, 22 sierpnia 2014
    • „Drużyna” uczy respektu do siatkówki

      Prawdziwe wydarzenia, prawdziwi bohaterowie i scenariusz, który został napisany przez życie – tak w skrócie można powiedzieć o „Drużynie” – dokumentalnym filmie o reprezentacji Polski siatkarzy. Osobiście jednak poleciłbym go wszystkim tym, którzy nie mają szacunku do tej dyscypliny i uważają, że to żadna sztuka „tak sobie poodbijać przez siatkę”.

      W filmie Michała Bielawskiego pokazano ciężką pracę i kawałek życia naszych reprezentantów na kadrowych zgrupowaniach wzbogacone o wypowiedzi ich samych. Absolutnie nie zakłamano rzeczywistości. Właśnie tak wyglądają treningi na obozach przygotowawczych. Kto choć raz miał okazję uczestniczyć w takim wyjeździe z zespołem w jakiejkolwiek dyscyplinie, ten zgodzi się ze mną. Inna sprawa, że ujęcia zostały tak dobrane, aby wydobyć tę kwintesencję wymagających i momentami żmudnych zajęć (np. na siłowni).

      Jednak właśnie w ten sposób dochodzimy do sedna kwestii poruszonej w tytule. Piłka siatkowa to sport, w którym cały zespół musi funkcjonować idealnie, aby można było stworzyć sobie szansę do osiągania sukcesów. Co roku treningi wyglądają podobnie, zawsze jest potwornie trudno, a niekoniecznie uda się tę katorgę wynagrodzić sukcesem. W roku 2011 przyniosła ona trzy medale wielkich imprez. Rok później wielki triumf w Lidze Światowej, ale i ogromny upadek w olimpijskim ćwierćfinale.

      Nieważne co osiągnąłeś miesiąc czy rok temu, bo jeśli nie dasz z siebie wszystkiego w kolejnym spotkaniu, nie spełnisz swoich marzeń. A siatkówka to taka dyscyplina, że nawet 100%, które z siebie wykrzeszesz może nie wystarczyć, bo rywal może trafić na dzień, gdzie wszystko mu będzie wychodzić. Właśnie dlatego jest piękna, ale i wredna zarazem. Oto powód, dla którego należy ją szanować

      Niezależnie od wyników ludziom uprawiającym siatkówkę na najwyższym poziomie należy się respekt za to, co robią. Często poświęcają swoje zdrowie (jak mówił Marcin Możdżonek: „sport to zdrowie, ale nie zawodowy, tylko amatorski”), by kibic mógł być z nich dumny na wielkich imprezach.

      Kolejną ważną kwestią jest ukazanie, iż siatkarze to tylko i aż ludzie. Owszem, są kreowani jako herosi, wręcz bogowie, ale to nadal są ludzie. Tacy jak my. Wiele osób bardzo często o tym zapomina i traktuje ich jak roboty, które od czasu do czasu wystarczy naoliwić i będą cały czas działać bez skrzypnięcia. Tak przecież nie jest. Lecz z drugiej strony ci ludzie wykonują wysiłek, którego zwykły śmiertelnik na dłuższą metę by nie wytrzymał. Z pewnością na starość boleśnie odczują przerzucone kilogramy, wykonane bloki czy ataki, ale w tej chwili nie ma to dla nich żadnego znaczenia, bo najważniejszy jest ten najbliższy mecz.

      Oczywiście w kilkudziesięciominutowej projekcji nie da się pokazać wszystkiego i powinniśmy mieć tego świadomość. Z pewnością zdarzają się konflikty, niesnaski, czy chwile zwątpienia. Do niczego dobrego to nie prowadzi, a sztuką jest wyjść z takich problemów na prostą.

      „Drużyna” jest też świadectwem skarbu, jakim w naszym kraju jest siatkówka. Jakże ważną rolę odgrywają w niej kibice prowadzeni przez niezwykły duet Grzegorz Kułaga - Marek Magiera. Hymn śpiewany a-capella nawet oglądany z odtworzenia na srebrnym ekranie wywoływał u mnie ciarki na całym ciele. A ileż momentów będzie nam się kojarzyło nie tylko z tym, co widzieliśmy na ekranie, ale też i z tym, co usłyszeliśmy z ust komentatorów? Tak, oni też tworzą niepowtarzalny klimat. Szkoda byłoby stracić wszystko to, co wypracowaliśmy przez te lata.

      Mam nadzieję, iż dzięki „Drużynie” więzi w naszej wielkiej siatkarskiej rodzinie jeszcze bardziej się umocnią. Zwłaszcza że jesteśmy przed najważniejszą imprezą w historii tej dyscypliny w naszym kraju. Kibice chcieliby uzyskać od siatkarzy znak, który dałby podstawy do tego, by ich wspierać. Tym znakiem jest właśnie każda kropla potu wylana na treningu. Z kolei zawodnik pragnie wsparcia, które uskrzydli w momentach chwały i pomoże się podnieść w chwilach słabości.

      Nie chodzi o to, by nagle wszyscy zaczęli kochać siatkówkę, bo tak się przecież nie da. Ale nie chciałbym, żeby wypowiadano się o niej jako o dyscyplinie niepoważnej i błahej. W tym filmie doskonale widać, że tak nie jest.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      piątek, 22 sierpnia 2014 11:33
  • czwartek, 26 czerwca 2014
    • Najtrudniejszy jest pierwszy krok

      Miałem wrócić w maju, a tu czerwiec się kończy. Nawet głupio mi się tłumaczyć. Po prostu liczę na zrozumienie. Mam nadzieję, że od teraz już uda mi się wrócić do regularnego pisania.

      Wszystko dlatego, że najtrudniej jest zrobić ten pierwszy krok. Kiedy się człowiek od czegoś odzwyczaja, ciężko mu do tego wrócić. Kiedy chce zacząć ćwiczyć, chudnąć, rzucić palenie premierowa próba idzie bardzo opornie. To jest nauczka dla mnie, by rezygnować z tego dopiero wtedy, gdy będzie to naprawdę konieczne. Mam nadzieję, że w przeciągu najbliższych kilkunastu miesięcy taka potrzeba nie zaistnieje.

      Nie ma chyba lepszej okazji do powrotu niż piłkarski mundial. Kończy nam się faza grupowa, więc prawdopodobnie to będzie głównym tematem subiektywnych rozważań w tym miejscu. Nie zapominam jednak o innych imprezach, bo rok 2014 wciąż obfituje w masę ważnych i interesujących wydarzeń. Oczywiście mam tu na myśli głównie siatkówkę, choć nie tylko. Jest szansa, że zagłębię się w niektóre zawody od kulis i rzecz jasna czytający mnie internauci będą mogli zobaczyć nieco więcej niż w telewizji.

      Już na początku lipca będzie można przeczytać jedno moje "dzieło" na papierze. Jednak na razie za wiele szczegółów nie zdradzę, bo muszę jakoś przecież zachęcić do regularnego odwiedzania :)

      "Puścić parę" mogę za to o transmisji radiowej z meczów Ligi Światowej Polska - Iran prosto z ERGO Areny na granicy Gdańska i Sopotu. Aktualnie dopinamy szczegóły, ale tak na 80-90% wszystko powinno się udać. 

      Proszę tylko o trzymanie kciuków!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ks_jerry
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 czerwca 2014 17:39

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

.Pubsport.pl – wpadnij pogadać o sporcie!

sportnaekranie.pl Ko[...]rnik

Pamiętaj, tak się gra (TV)!

Blogi Sportowe Zobacz mnie na GoldenLine